już Skopje

ale przedtem Belgrad. Najpierw moje usiłowania wykupienia rezerwacji z Niszu do Skopje, na które pani kasie zareagowała ze zdziwieniem – że przecież w Niszu trzeba kupić… No tak, ale w Niszu będę miał 15 minut. Maksymalnie.

Potem nerwowe bieganie z serbskim kolejarzem w te i wewte po peronie, bo mój wagon (468) nie istniał, za to były aż dwa 467… Napotkany konduktor wykazywał oznaki alkoholowego otępienia i nie umiał wyjaśnić przyczyn tego cudownego rozmnożenia. Mój kolejarz coś tam klął po serbsku, o dziwo sporo rozumiałem. Okazało się na koniec, że w tym samym składzie są wagony, które pojadą aż do Skopje – więc jeśli wsiądę do któregoś z nich – to nie będzie przesiadki. Wsiadłem. Elegancki pan w płaszczu, pod krawatem i czarnym wąsem stał w przejściu, nie rozumiejąc, że nie przecisnę się z plecakiem, jeśli nie schowa się w przedziale… znalazłem pusty jeszcze przedział… ale po kilku minutach przyszedł kolejny zionący trunkiem konduktor, który szybko zorientował się, że z serbskim u mnie krucho i uprzejmie, po angielsku, objaśnił, że połowa tego wagonu (sic!) jedzie do Sofii, a połowa do Skopje, więc lepiej będzie, jeśli pójdę do tej drugiej połowy wagonu, bo poza tym to jest przedział specjalny, konduktorski i on w nim będzie siedział, z kolegą. Przeraziłem się nieco, wyobraziwszy sobie rozcinanie wagonu w Niszu, poszedłem do innego przedziału, w którym siedział jakiś mrukliwy, pięćdziesięcioletni twardziel. Jakoś szybko wyobraziłem go sobie jako dowódcę oddziału pod Vukovarem.. Żadnego kontaktu nie nawiązaliśmy, wysiadł gdzieś tam po drodze, uśmiechnął się nawet na do widzenia.

Pociąg ruszył, powolutku przejechaliśmy koło jakiejś kanciapy, w której dwóch facetów obserwowało mecz, sądząc po strojach grał Real. Po chwili wróciliśmy na peron. Potem znów ruszylismy, znów kanciapa z meczem – i znów powrót. Kolejarze jakoś bezradnie biegali po peronie. Po dwudziestu minutach ruszyliśmy, już definitywnie. Wynik był bez zmian.

Kilkanaście minut później włączyli światło i ogrzewanie. Trochę bez sensu, bo przez większą część drogi drzwi od wagonu beztrosko powiewały na wietrze. Przedrzemałem opatulony w kurtkę, szalik i kaptur.

Żadna rezerwacja nie była potrzebna. Nikt mnie nawet o nią nie zapytał.

A jeszcze wcześniej był pociąg z Budapesztu do Belgradu. Najpierw w przedziale czwórka Węgrów, dużo gadających, nie usiłowałem zbyt długo śledzić wątku.. szybko przysnąłem i zaczęło mi się wydawać, że wszystko rozumiem… że tylko jakichś pojedynczych wyrazów nie łapię. Śmiali się ze mnie dobrodusznie, rozmawiali o podróży, nic szczególnego. Obudziłem się zadziwiony tym odkryciem, ale znów nic nie rozumiałem.. Zasnąłem znów – i to wrażenie powróciło.. Trójka (mama i dwójka dzieci) wysiadła, pozostał pan, który nawet usiłował do mnie zagadać przyjaźnie, niestety, mogliśmy się tylko miło do siebie pouśmiechać… wysiadł tuż przed granicą mówiąc “hello”, zaraz za granicą wsiadło dwóch młodych sympatycznych Serbów. A potem był Belgrad. A potem było Skopje.

Dobrze się tu czuję. Pachnie wschodem.

polskie literki are back :)

 2 
  1. Relacja doskonała.
    Się uśmiałam jakbym serbski znała:))))

    1
  2. xanthosoma

    Jakże miło mi przeczytać tą, jeszcze ciepłą relacje, z której wnioskuję, iż odrobina szaleństwa we wszystkim, jest nie tylko w Polsce. U nas chociaż nie ma bariery językowej, też czasem trudno się dogadać:) Prawda?
    Jednak (ku mojej radości) potwierdza się sprawa – ludzie zawsze tacy sami.
    Polak – Węgier, dwa bratanki… mówi przysłowie. Może, aby pewne rzeczy rozumieć, trzeba “wyjść” poza siebie…
    Dalszego dobrego samopoczucia życzę i pozdrawiam:0)

    2

co Ty powiesz

filtr antyspamowy jest nierychliwy. wiem o tym.