OSOBY:
Parys – popija Hellenę
Inspicjent – były zapaśnik
Pstrąg – drugiej świeżości
Kurtyna – jak to kurtyna

Parys: (w zbroi wbiega na scenę galopem i krzyczy do Kurtyny) Cóż to?! Agent! Bij, zabij agenta!
(dobywa szpady i w zapamiętaniu dźga Kurtynę) Ten sztych dukata wart! (dźga dalej)

Kurtyna: (podstępnie opada na Parysa)

Parys: (miota się okutany w Kurtynę, dźga powietrze wokół)

Inspicjent: (wbiega na scenę, wprawnym ruchem zakłada Parysowi nelsona) Kochany, znowu ci się sztuki popierdoliły. (wydobywa Parysa spod Kurtyny, wyprowadzając go mówi do widowni) A za bilety to, o takiego, wam zwrócimy. Jeszcze dopłacicie przy wyjściu.

Pstrąg: (cuchnie)

Kurtyna: (zrezygnowana spada na scenę)

ogólne OKLASKI
KONIEC

producent oferujący mi zupkę w proszku próbując mnie przyciągnąć, krzyczy na opakowaniu “młody czosnek!”. pobudza to moje kubki smakowe, dostrzegam jednak mniejsze literki – “smakuje jak” – i jak w kabarecie Dudek, “już za chwilę mija mi”. ktoś był na tyle trzeźwy, że w kraju, w którym kazdy każdego próbuje oszukać, zwątpił w bezlitosną rękę wolnego rynku karzącą oszustwo i odpowiednim urzędowym przepisem (niestety…) zmusił do jakiej takiej szczerości. polityka reklamującego się na billboardzie do takiej prawdomówności niestety nikt nie zmusi. “wygląda jak WIZJONER”, “mówi jak KOMPETENTNY” wraz z wypisaną (niech będzie, małymi literkami) listą konserwantów i barwników oraz poziomem IQ? no bo kto to kupi? kupią, kupią, nie taki syf kupują. ale przynajmniej byłby ślad szansy, że zrobią to świadomie.

nie, nie czuję się oszukany – mógłbym się tak czuć, gdybym wcześniej zakładał, że mówi się prawdę. tymczasem wiem przecież od dawna, że wszystkie te słowa są warte tyle, co banknot z waryńskim. są częścią rytuału, pozbawionego treści, ale, jak wiele rytuałów, utrzymującego się przy życiu siłą bezwładu. przecież nikt (nikt?) nie wierzy, że pewna cudownie odmłodniała pani rozwiąże problemy mojego miasta, a inny, podobno skuteczny menadżer z wizją, wybuduje tu jakieś mosty. wierzyć w szczerość tego przedstawienia, to jak wierzyć w realność postaci w commedii dell’arte. podobna umowność rządzi tym teatrem i podobna powtarzalność bawi publiczność. są tylko lepiej albo gorzej odegrane role poliszynela czy arlekina. gaże tylko nieco wyższe.

z nawyku i odruchu pójdę wybierać aktorów tego spektaklu (co za absurd! głosować na aktorów…), choć nie umiem sobie wmówić, że mój głos cokolwiek znaczy i że wybiorę jakichś lepszych, bo lepszych nie widzę. ta demokracja już umarła – w mojej głowie – i doprawdy nie wiem, jaki impuls mógłby ją reanimować. pozostała licha, nudnawa komedia, powtarzalna jak benny hill. nawet nie dell’arte – bo dell’arte znaczy – profesjonalna.

jeszcze parę aktów i zamieni się w tragedię.
smakuje jak krew (TM)

Duże ruchy masowe często mają do siebie to, że po upływie jakiegoś czasu, zwykle kilkunastu, dwudziestu lat, potrzebują dialektycznego przedefiniowania i zaprzeczenia swoim korzeniom. Nowy start inicjowany bywa po części przez uczestników pierwszej rewolucji, a po części przez tych, którzy na nią się nie załapali – bo byli za młodzi, zbyt strachliwi, albo po prostu siedzieli po drugiej stronie barykady. Owe dzieci i bękarty rewolucji sprytnie sterując sfrustrowanymi rzeszami tych, co w trzecim szeregu, zaprzeczając temu, co do tej pory same robiły, przenoszą rewolucję na kolejny etap rozwoju. Tak zrobił Stalin w połowie lat trzydziestych (przygotowując grunt od zabójstwa Kirowa w siedemnaście lat po Październiku), podobnie Mao wzmocnił swoją władzę w połowie lat sześćdziesiątych uruchamiając rewolucję kulturalną, a w Polsce w tym samym czasie – Gomułka, wykorzystując ruch “partyzantów”, zaatakował inteligentów i Żydów. Wszystkie te trzy zdarzenia łączy jedno: stary przywódca (w przypadku Stalina – w czasie przejmowania władzy przez partię zajmujący raczej drugorzędne stanowisko) konsoliduje swoją władzę odsuwając dotychczasowych towarzyszy, niszcząc dotychczasowe autorytety (będące zagrożeniem dla jego pozycji) i wysuwając na czoło młodych, żądnych władzy, bezwzględnych i absolutnie mu oddanych działaczy. Preferencje konsumpcyjne rewolucji okazują się być bardziej złożone, niż zwykło się powtarzać. Umiejętnie sterowana pozwala swoim dzieciom przeżyć i utrzymać władzę. Stalin i Mao zachowali ją do śmierci, Gomułka stracił ją w wyniku swoich późniejszych błędów.

Analogie są źródłem uproszczeń, bo pomijają to, co istotnie różnicuje sytuacje. Więc proszę ich nie szukać. I raczej patrzeć optymistycznie w przyszłość.

You say you’ll change the constitution
Well, you know
We all want to change your head.

Bo to ci naiwni Beatlesi okazali się wiecznie żywi, a dzieła smutnych panów walają się po śmietnikach.

ale niestety, zatrzęsło mną

dochodzą sygnały, że znani dziennikarze współpracują z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi
i że Macierewicz w ramach oczyszczania układu umieścił ich nazwiska w swoim tajnym raporcie
a Bracia szantażują ich ujawnieniem

to takie pytanie: co to są za służby, te WSI?
rosyjskie?
mandżurskie?
a może marsjańskie?

bo – może naiwnie – wydawało mi się, że polskie.

załóżmy przez chwilę, że faktycznie, WSI penetrowały środowisko dziennikarzy, wpływały na publikacje i w ogóle ta paranoiczna siatka powiązań między mediami, służbami a przestępcami, o której mówi Likwidator, miała miejsce

to w takim razie, kolejne trzy pytania:

czy ktokolwiek ma prawo choćby sugerować, że ujawni sieć agentów, współpracujących ze służbami wywiadowczymi?
kto z tym wywiadem będzie jeszcze chciał współpracować w przyszłości?
w czyim interesie jest rozwalenie siatki agentów polskiego wywiadu?

“bomba, która rozsadzi obecny układ medialny” mówi jeden z podnieconych
obawiam się, że trochę zabrakło mu wyobraźni

być może ci ludzie wierzą, że wszystkie tzw. służby są niemoralne z natury
ale jak ktoś tak myśli, to nie powinien się bawić w rządzenie

Polska jest na bardzo dobrej drodze do tego, żeby poprzez ujawnienie części własnych agentów zniszczyć na długo zaufanie pozostałych i w efekcie zlikwidować własny wywiad
o czymś takim jeszcze nie słyszałem
coś niespotykanego i niebywałego w jakimkolwiek kraju
jeśli chodzi o dalsze konsekwencje, to begergate przy tym to bardzo mały pikuś

rany boskie
rany boskie

aniol_bw_300.jpg

“Dzień dobry, dzwonię z firmy Kalafior, mam dla pana propozycję obniżenia pana rachunków, wygasła panu umowa, wystarczy więc, że podpisze pan nową…”
“Dziękuję, na razie nie jestem zainteresowany. Jak już się zdecyduję, to z pewnością zadzwonię do państwa” – wszedłem pani w słowo.
“yyyy w porządku, dziękuję, życzę miłego dnia” – padła odpowiedź ze słuchawki.
Dwa tygodnie później zadzwonił pan, rozmowa wyglądała podobnie – “Nie jestem zainteresowany, dziękuję bardzo”. Po kolejnych dwóch tygodniach – następny telefon, zatroskanej konsultantce dopytującej się, czemu nie chcę się dalej związać z Kalafiorem, odpowiedziałem, że rozważam oferty konkurencji… Uuu, błąd. W wybornym kalafiorowym ceeremie zapaliło się światełko. Wyczekali dwa tygodnie. “Chciałabym zaproponować panu…”. “NIE! DZIĘKUJĘ!”. Najwyraźniej odebrali to jako sygnał do zwiększenia naporu i zadzwonili już w następnym tygodniu. Na szkoleniach widocznie uczyli, że kiedy klient mówi “nie”, to myśli “może”. A jak myśli “może”, to prawie jakby kupił. Poirytowany kazałem panu zanotować w ceeremie, a jak nie umie, to w kajeciku, że na bambus, niczego nie podpiszę i bez odbioru. Kalafior jest jednak wspaniałomyślny i postanowił dać mi jeszcze jedną szansę skorzystania z ich hojnej oferty. Niestety, w kolejnym tygodniu pani konsultantka trafiła na zły moment… ja wiem, ona osobiście jest niewinna… zachowała jednak spokój do końca i życzyła mi miłego dnia. Sądziłem, że to już pomogło, że uwolniłem się od nich, jednak niezwodny system podpowiedział kolejnemu konsultantowi, że czas ze mną się skontaktować, więc po upływie kolejnego tygodnia (niemal co do minuty) zadzwonili znowu…

Jestem obiektem beznadziejnie nieodwzajemnionego uczucia, jakiegoś klinicznego przypadku miłości niespełnionej. Do kogoś, kto kocha tak, jak Kalafior kocha mnie, nie trafiają żadne, choćby bardzo asertywnie podawane argumenty. Ktoś taki każdy przejaw niezdecydowania zinterpretuje na swoją korzyść. Każde zawahanie, zawieszenie głosu – jako swoją szansę. Ktoś taki w ogóle wierzy, że “skoro bije, znaczy kocha”. I kilka godzin po ostatniej, wydawałoby się ostatecznej rozmowie, wysyła smsa: “Dziękujemy, że Jesteś z Nami. Biuro Obsługi Klienta.”

Drogi Romanie,

jak wiem, walczysz z zaangażowaniem o to, żeby polska rodzina była tradycyjna, katolicka i wielodzietna. Jak wszyscy, doceniam Twoje szczere starania, niestety, dostrzegam, że póki co skuteczność Twoich działań jest dość nieznaczna. Ludzie z jakichś powodów nie chcą spędzać wieczorów wspólnie śpiewając „Prząśniczkę”, szydełkując patriotyczne makatki, otoczeni czeredką siedmiorga pociech. Mają inne cele i inne pomysły na życie. Mnie też martwi ich wyuzdane, materialistyczne rozpasanie, drogi Romanie, dlatego też postanowiłem do Ciebie napisać.

Żebyś mógł działać skutecznie, musisz przede wszystkim pozbyć się pewnych mitów i uprzedzeń, powtarzanych wszędzie wokół bez głębszej refleksji. Publicyści, badacze i zwykli ludzie twierdzą, że Polacy nie chcą płodzić dzieci, bo nie czują się pewnie na rynku pracy, nie wiedzą, czy będą w stanie zapewnić dzieciom właściwy start itp. Trzeba w końcu jasno powiedzieć: to jest bzdura! Spójrz na kraje bogate: nigdy w historii świata ludziom nie żyło się tak dobrze, jak ich mieszkańcom. Społeczeństwa są rozwarstwione, start nierówny – zgoda. Ale nikt nie umiera z głodu! A ludzie nie chcą się tam mnożyć. Dlaczego?

Postawmy, Romanie, tezę całkowicie przeciwstawną temu, co się powszechnie mówi: otóż ludzie nie mnożą się, bo czują się bezpiecznie! Bo wierzą, że na starość są zabezpieczeni emeryturą, bo ufają temu systemowi – obserwując życie swoich dziadków i rodziców, otrzymujących odpowiednie świadczenia. Istotą sprawy jest więc nie powszechnie poruszany brak bezpieczeństwa – ale raczej nieuświadamiany jego nadmiar. Ludzie są więc pozbawieni zasadniczej motywacji do powiększania rodziny, która kierowała ludźmi w dawnych wiekach – konieczności zabezpieczenia się na starość. Po cóż wkładać mnóstwo energii w stworzenie, wykarmienie i wychowanie gromady dzieci, które przecież i tak nie będą musiały składać się w przyszłości na utrzymanie rodziców? Wystarczy jedno, maksymalnie dwójka, zaspokajające podstawowy instynkt przetrwania. Ludzie działają racjonalnie, Romanie.

Mamy więc tezę, czemuż więc nie spróbować wykorzystać jej w praktyce? Jak? To bardzo proste – należy zlikwidować system emerytalny! Zamknąć ZUS, przestać wypłacać emerytury! To spowoduje natychmiastowe przeorientowanie strategii przeżycia tych, których nie będzie stać na dobrowolne zbieranie oszczędności na starość – czyli zdecydowanej większości. Pomijam już tak oczywiste zyski, jak znaczące obniżenie kosztów pracy, a więc w konsekwencji ucieczkę kapitału z przereklamowanych Chin do mlekiem matek płynącej Polski. Przede wszystkim zrealizujesz jednak program swojej partii: stworzysz społeczeństwo rodzin wielodzietnych.

Tu, Romanie, chciałbym Cię przestrzec przed właściwym Twojej partii brakiem subtelności w działaniu. Jakakolwiek próba zmiany ustawodawstwa, choćby nawet publiczne przyznanie się do takiego programu, spowoduje automatyczne, z-dnia-na-dzień wyparowanie Twojego i tak niezbyt licznego elektoratu. Oczywiście, cele przyświecałyby Ci szczytne, ale Twoi w większości leciwi wyborcy kalkulują raczej w perspektywie miesięcy, może lat, na pewno nie pokoleń, więc mogą nie docenić Twojego śmiałego przedsięwzięcia. Proponuję więc podejście bardziej wyrafinowane: działaj jak Konrad Walenrod! Twoi ludzie słyną z całkowitego braku kompetencji połączonego z dużą pewnością siebie przy realizowaniu swoich dyletanckich posunięć. Upiecz więc dwie pieczenie na jednym ogniu – postaraj się zdobyć dla niech możliwie wiele kluczowych posad w Ministerstwie Pracy i ZUSie. A potem spokojnie usiądź nad brzegiem Wisły i poczekaj. Trupy emerytów już wkrótce przepłyną. Bo wiesz równie dobrze, jak ja, że Twoi ulubieni krótko ostrzyżeni młodzieńcy są w stanie rozłożyć na łopatki dowolną organizację w dość krótkim czasie… System przestanie działać, ludzie stracą do niego zaufanie, zaczną szukać innych rozwiązań. Nietrudno zgadnąć – jakich. A winą zawsze można obarczyć niedobrych koalicjantów.

Romanie, myślę, że za moją poradę należy mi się buziak. Taki głęboki, jak lubisz.

z wyrazami,
v.

Jakość życia w każdym kraju zależy od samopoczucia mieszkających, a w Polszcze samopoczucie jest kiepskie i kiepskim pozostaje od dawna. Kiedyś komuś wywaliło szambo frustracji i wielka kałuża do tej pory zalega, cuchnąc. Kolejne pokolenia frustratów rodzą następnych frustratów, potykających się o własne nogi i oskarżających wszystkich wokół o swoje życiowe niezgulstwo. Życiowo poranieni wyżywają się na kim mogą, odpłacając za swoje nieudane życie, za tłukących w dzieciństwie rodziców czy odrzucenie przez rówieśników. Albo za kompleksy dotyczące całej zbiorowości, z którą się identyfikują – narodu, miasta, czy choćby Śródmieścia Południowego. Wyładowanie przynosi krótkotrwałą ulgę, ale oczywiście nogi, jak się plątały, tak się plączą, bo nie wyprostują się od oplucia bliźniego. Przykrycie krzywych nóżek grubą kołderką utkaną ze złudzeń też nie na długo poprawia nastrój.

Ludzie na ogół nie mają chęci do zaglądania w głąb siebie i zastanawiania się nad prawdziwą przyczyną złego samopoczucia. Czasem może nawet ta chęć się rodzi, ale brakuje wiedzy, jak się do tego zabrać. Nikt im tego nie podpowiedział – ani przy świętym teleognisku rodzinnym, ani w szkole, raczej traumatyzującej niż leczącej. Zbolałe społeczeństwo opluwa się i okłada razami, nie mając świadomości dlaczego i po co to robi, a potem przekazuje swoją niewiedzę dzieciom, które odtwarzają, z niewielkimi modyfikacjami, życie rodziców.

Klimatu się nie zmieni, słońca więcej nie będzie (a najszczęśliwiej czują sie dobrze nasłonecznieni, choćby bardzo biedni…), ropy i bogactw też raczej nie wykopiemy. Więc może jakieś inne ruchy, śmiałe, nieszablonowe? Czemu NFZ nie miałby refundować leczenia kompleksów, skoro płaci za leczenie zalanej alkoholem wątroby frustrata? Czemu państwo, zamiast pieprzyć o dumie narodowej i propagować głupie martyrologiczne wzorce nie miałoby się zabrać za porządną edukację psychologiczną?

Ech, jak to czemu… Zakompleksionych polityków wybrali zakompleksieni wyborcy. Leczyć ich – to ich stracić. Przecież zadowoleni z życia obywatele nie wybiorą na swoich przywódców psychicznych pokurczów…

czyjeś hormony sformatowane arialem
sfermentowane na forach
wołają na pohybel żydom, pisiorom, pedałom i moherom
JA-MÓJ-NASZ krzyczy zewsząd wielkimi literami
sfrustrowany wszechegotyzm
i jeszcze “powiesić piekarza, bo chleb rozdał”
drze się niewielki urzędnik i strzela z paragrafu
oślepiającym blaskiem majestatu prawa
bo jesteśmy w kraju gdzie kruszynę VATu podnoszą z ziemi…

a ja na to powoli zamykam powieki
i proszę, bo modlić się nie umiem, o przypływ odrobiny dobrej energii

Znów ją spotkałeś, więc kawa zaczyna ci pachnieć głębokim aromatem przeznaczenia i wydaje ci się, że tak właśnie musiało się to potoczyć. Że jest jakaś przyczyna, istotniejsza i głębsza niż banalnie chaotyczny ciąg zderzeń międzyludzkich i sytuacyjny splot pakietów internetowych prowadzący w końcu do spotkania. W swoim dążeniu do porządkowania rzeczywistości projektujesz dalsze ciągi, poukładane i logiczne, materializuje ci się niemal jakaś ścieżka, jasna i długa, hen po nieokreśloność. Znów chcesz zapomnieć, że z chaosu powstałeś i w chaos się obrócisz.

Mały chłopiec podpalał zapałkami izolowany kabel miedziany wystający z oblepionej kolorowym złotkiem rakiety, podłączony do pojemniczka na bańki mydlane, wypełnionego jakąś zaimprowizowaną miksturą. Święcie wierzył, że tą metodą, połączoną z dużą dozą dobrych intencji, wyprodukuje odrzut niezbędny do startu rakiety. I tak eksperymentował, aż wybudowali w tym miejscu centrum finansowe, obsadzone dziesięcioma strażnikami na hektar, pilnującymi, aby niczego broń Boże nie wysłał już w powietrze. Byłeś tym małym chłopcem i trochę nadal nim jesteś.

Podwójny nelson magicznego myślenia, przyczyna, która nie mogła dać skutku i skutek, który powstał, nie mając przecież żadnego widomego związku z przyczyną, choć pewnie chciałbyś, żeby było inaczej. Bo przyczyny i skutki gonią się w twojej głowie i mieszają w losowym porządku w wirze spuszczonych z rezerwuaru nierozpoznanych zdarzeń. Łączysz je w pary, jak skarpetki, przyczyna-skutek, lewa-prawa, dowolnie.

Włościanie napotkani w “Ucieczkach z Sybiru”, zamieszkujący taraszczański powiat, wykopali trupa z mogiły i polewali go wodą przez rzeszoto, żeby deszcz sprowadził. Tak się im sprzęgły te przyczyny i skutki, że wykrystalizował się porządek, mętny i zaburzony, ale subiektywnie prawdziwy, ich własny. Czy ten deszcz w końcu spadł? A kogo to w sumie obchodzi.

(jeśli jadłe(a)ś coś ciężkiego, kliknij raczej tu)

Siedziałem z dwójką znajomych przy piwie, gdy poczułem lekkie drapanie w gardle. Próbowałem odchrząknąć, dyskretnie, potem głośniej. Nie pomagało. Drapało coraz mocniej. Zacząłem kasłać, łzy napłynęły mi do oczu, niestety, było coraz gorzej. Uczucie dyskomfortu nasilało się, więc nie mogąc przestać kaszleć, sięgnąłem palcami do ust. Głęboko. Uchwyciłem coś cienkiego. Włos. Pociągnąłem, wyjąłem koniec na wierzch. Ciągnąc dalej poczułem lekkie ssanie w żołądku, włos wychodził ze mnie, czarny, błyszczący, bez większych oporów, choć lekko przytrzymywany tą siłą ssącą. W końcu wyciągnąłem. Miał ze czterdzieści centymetrów, ciemny, prawie czarny, po położeniu na stole skręcił się w kędzior. Znajomi przyglądali się nieco zdziwieni, ale dyskretnie starali skupić się na dalszej rozmowie. Sięgnąłem znów do ust i znów złapałem koniec włosa. Pociągnąłem, poszedł. Uważałem, żeby nie zahaczyć o zęby. Na włosie były resztki czegoś, co kiedyś jadłem, ale to wcale nie budziło we mnie obrzydzenia. Było naturalne i dziwnie oczyszczające. Z trzecim poszło tak samo – lekkie ssanie w żołądku, w końcu cały na wierzchu. Trzy włosy zwinęły się na stole. 666… Drapanie ustało. Obudziłem się. To nie było moje łóżko. To nie był mój pokój. Obok leżała ciemnowłosa Miss Polski. A ja byłem Wojciechem Olejniczakiem.

jest nowy człowiek
owoc determinacji i planowania
a trochę podstępu
czteroipółkilowy cud
połyskujący miłością, która gdzieś tam z oddali
wciąż grzeje miękkim światłem
powinien się w niej pławić
bo każdy zasługuje na starcie na taki kredyt
spłacany w ratach malejących na niewysoki procent

że jego imię znaczy więcej niż tylko „dar od Boga”
dowie się szybko, zapewne
ale to będzie tylko pół prawdy

ach proszę pani, proszę pani
prawdziwe powody proszę ukryj
dzięki tym niedopowiedzeniom
życie staje się tak smaczne
a seriale tak wciągające

Kalafior, nie lubię kalafiora. Jego monstrualność, formalna potworkowatość, rakowata z natury istota łączą się z zupełnie nijakim, pełnym wody wnętrzem, smakiem przypominającym dziesiąty wywar po starej skarpetce. Przerost rozbuchanej formy nad cieniutką treścią. Za dużo musiałem go zjeść w dzieciństwie, polanego obrzydliwą zasmażką z bułki tartej, żeby teraz myśleć o nim z sympatią.

Kiedy płacę na utrzymanie porządku w swojej okolicy, drogi czy edukację – krótko mówiąc, kiedy płacę podatki – płacę za całego kalafiora politycznych pomysłów, które wcale nie są mi potrzebne. Płacę PIT, finansuję więc armię wiecznie niedojadających górników, cienką herbatkę siorbiących urzędników albo – jak fantazja posłom dopisze – narodową świątynię opatrzności.

Kiedy chcę porozmawiać przez telefon, nie płacę wyłącznie za utrzymanie sieci i techników, czy chociażby za limuzynę prezesa telefonii – choćbym nie znosił piłki nożnej, finansuję też futbolową rozrywkę koleżkom z klatkoskiej, resocjalizujących się na okolicznych stadionach. Płacę platfusom w kolorowych trykocikach, żeby mogli kupić sobie nowsze audi.

Panowie od kalafiorowatej polityki policzyli sobie, że jeśli zapłacę za ich opaczność, to chętniej na nich zagłosuję, a i podatkiem hojniej sypnę. Spec od kalafiorowatego marketingu wykoncypował sobie, że będę dumny, wspierając kilkuset fajtpłapowatych młodych mężczyzn, spotykających się raz w tygodniu na wspólne toczenie piłki po boisku.

Postsocjalistyczne państwo nie daje mi większego wyboru; chcę czy nie chcę, na każdą kalafiorowatą opaczność muszę płacić. Pozostawia mi jednak nieco wolności w wyborze operatora komórkowego. Zawsze mogę porzucić kalafiora piłkarskiego i płacić za już od lat dobrze się zapowiadających siatkarzy, albo owocującą wspaniałymi nadwiślańskimi biurowcami ideę kubertenowską.

Kalafior forever.

Rozgrywki sponsorowane także przez vontrompkę właśnie się zaczynają. Czas na prawdziwie męskie emocje, na unoszący się nad stadionami zapach testosteronu i smażonych kiełbasek…

Zdjęcie wykonane w Warszawie.

Przyśniło mi się, że wziąłem udział w konkursie fotograficznym i dostałem trzecią nagrodę. Trzecich nagród było kilka, ale ja dostałem najlepszą z tych trzecich. Jej ranga polegała na tym, że wraz z pierwszym i drugim miałem wziąć udział w specjalnej audiencji u Prezydenta. Miało już dojść do tego spotkania, czekałem w korytarzu otoczony rozbuchanym barokiem i kapiącym złotem, ale ogarnęła mnie taka trema, że rozbolał mnie brzuch i się obudziłem.

Nie lubię spotkań z dygnitarzami. Nigdy nie wiadomo, kiedy się uśmiechnąć, bo fotografują, do kogo wyciągnąć rękę i gdzie poklepać. A potem – o czym z nimi gadać.

Przeciągnąłem się, żona jeszcze spała obok. Odprężyła mnie myśl, że dziś znów nic ważnego nie muszę robić. Komuś trzeba przyznać jakieś medale, to się szybko załatwi. Można się będzie zamknąć w gabinecie i spokojnie podrzemać w fotelu. Zupełnie rozluźniony wzułem kapcie. To zabawne, śnić o spotkaniu z samym sobą i czuć tremę na myśl o tym. Muszę o tym opowiedzieć bratu. I Eli. Albo nie, bo zaraz zaczną psychoanalizować. Opowiem kotu.

Moskwa końca lat osiemdziesiątych… Jak mogła wyglądać? Pierwsi prywaciarze otwierają swoje interesy – bo już można, wódkę pije się znów legalnie – bo Gorbaczow w końcu zniósł prohibicję. Z obrzeży Sojuza docierają pierwsze pomruki zwiastujące większe problemy – Azerowie rżną Ormian w Sumgaicie, zaraz zapłonie Nagorny Karabach, na Litwie zbiera się Sajudis. Nadal szaro i smutno, ale już tu i ówdzie mignie jakieś modne zachodnie logo na reklamówce, czasem gdzieś wśród setek ład i wołg zabłyśnie mercedes wzbudzając zainteresowanie przechodniów. Zapach niskooktanowych spalin, kurzu, potu i tanich perfum. Długie ogonki przed sklepami oferującymi dowolny towar albo tylko nikłą nadzieję, że coś rzucą – i matka wszystkich ogonków, wiodąca do cerkwi komunizmu, źródła wiedzy i wiary dla spragnionych dialektycznej pewności – mauzoleum Lenina. Ale i pierwsze, nieśmiałe, malutkie, koncesjonowane straganiki z mydłem i powidłem importowanym zza granicy albo z innych republik, pierwsze niepaństwowe szyldy na ulicach zwiastujące jakieś jeszcze przyduszone, ale uporczywie trzymające się przy życiu interesiki. Jakoś tak to sobie wyobrażam. Tak jak w Polsce w tym samym czasie, ale pewnie trochę biedniej.

Wśród tych rzadkich, biednych straganów przemyka czarniawy mężczyzna, niosąc w wypchanej, prostokątnej torbie świeżo zmontowany komputer, zamówiony przez jakiegoś prywaciarza, a może właśnie przesłany z Hongkongu kolorowy monitor, drogocenne dobro, przeznaczony dla syna wyższego urzędnika partyjnego. Młody, jakieś dwadzieścia trzy, może cztery lata. Niedawno wywalili go z politechniki, na którą trafił po nieudanych egzaminach na prawo. Zdaje się, że szło mu kiepsko, za dużo grał, za mało się uczył, nie ciągnęło go do książek, ale kto wie, może na sam dźwięk jego nazwiska egzaminatorzy niemal bezwiednie, odruchowo obniżali oceny? Ech, Rosjanie. Nienawidzą południowych. On to dobrze wie, czuje każdym włoskiem na skórze, wcale nie aż tak śniadej jak u innych jego kolegów z akademika, ta południowość definiuje go na ulicy, określa szlak, jakim musi przemykać zaułkami wielkiego miasta. Ludzie, których mija, patrzą na niego z lekką nieufnością, nie ma tygodnia, żeby patrol blond-milicjantów go nie wylegitymował. Ale zna już ten cały rytuał, kod moskiewskiego survivalu, całkiem nieźle daje sobie radę. Komputery to dobry biznes, więc ma pieniądze, nie bardzo dużo, ale tyle, żeby opłacić się milicjantom a czasem za wymienione u zaprzyjaźnionego cinkciarza dolary kupić w Bieriozce jakiś lepszy alkohol. Musi podobać się kobietom, słowiańskie moskwianki czują miły dreszczyk, gdy spogląda na nie wzrokiem półdzikim, taksującym, z tym swoim zamyślonym, jakimś takim poważnym uśmiechem. W sumie – żyje, ale czuje, że ten biznesik komputerowy, który prowadzi z kolegą, to stan jakiegoś zawieszenia, odłożenia, a zarazem podgrzewającej się w nim frustracji i złości, wyrastającej z drobnych, męczących, codziennych upokorzeń, których doznaje na każdym kroku.

Obiecuje sobie, że już niedługo wyrówna rachunki. Wkrótce o nim usłyszą. Zapamiętają na zawsze zwykłe kaukaskie nazwisko, które teraz im nic nie mówi – ot, Szamil Basajew, czarniawy młody facet.

Kiedy w gorący wieczór przez otwarte okno słyszę drącego się bachora, który mnie rozprasza, choć bardzo chcę się nad czymś skupić, moje pięści zaciskają się z lekka i powoli wzbiera we mnie bezradna złość. Rzucam pod nosem nieprzyjemnymi wyrazami, których ani on, ani jego rodziciele nie usłyszą, ale po chwili przychodzi refleksja: „Uspokój się. Odetchnij. Polub go. To on będzie zarabiał na twoją emeryturę”.
I uspokajam się, i zaczynam go nawet lubić.

Dzięki podobnym racjonalizacjom w elegancki sposób buduję w sobie równie pozytywne uczucia skierowane do przewodniej partii i jej satelitów. Czytam kolejną nabzdyczoną wypowiedź infantylnie skrzywionego wysokiego dygnitarza państwowego – i rzucam brzydkim słowem (którego nie usłyszy) grożąc że na długo! na zawsze! stąd wyjadę (co akurat ma w nosie). Ale zaraz uspokajam się myślą, że jeszcze przez – co najmniej! – trzy lata będę korzystał z niewysychającego, bo hojnym ślinotokiem z jego ust zasilanego, źródełka inspiracji.
I co gorsza, zaczynam się do niego, do tego dygnitarza, przywiązywać.

(…)
Patrzy na nas, bliski jak ojciec,
troska bruzdą czoło mu znaczy.
“Proszę, mówcie o sobie
i o swej pracy.”

Więc mówimy. I on mówi
prostymi, serdecznymi słowami:
“Towarzysze, gdy my rośniemy,
i Polska rośnie z nami.”

(Jan Koprowski, “Włókniarze u prezydenta”)