. .

Oto czarne dziury twych źrenic przyciągnęły mię. Uwięziły serce moje biedne w rozkoszą lśniącym horyzoncie zdarzeń. Jest-że dla mnie choć promyk nadziei z tego zakrzywienia wybiegający? Nie! – krzyczy me zamarłe po stokroć serce. Prądy grawitacyi miłosnej szemrzą w twej osobliwej głębinie, bym życia wszelkiego poza tobą wyrzekł się. Chcę! — tem słowem zakrzyknąwszy wnikam i zanikam. Och, zanikam, jak struna wyciągnięty ku pułapce oczu twych. Zali nie stworzysz mnie znów, na powrót, potężniejszego niźli Tytani, czyściejszego niźli ścięte jajeczne białko? O, jakżebym mógł nie zanurzyć się i nie utonąć w hojnej supermasywności twych oczu. Po cóż innego żyć, jeśli nie dla tej turmy ambrozjańskiej, gdy wszystko inne — nienawistne i wstrętne! Ssij i wysysaj mię, o Gravis!…

. .

jakiż to chłopiec piękny i młody? jakich to czerni źrenica?
nagle gwizdnęło, nagle świsnęło — została jeno dziewica.

. .

Śledztwo policjantów z Zespołu Zdarzeń Dziwnych doprowadziło do zatrzymania 34-latki z warszawskich Powązek, podejrzanej o śmiertelne wysysanie swoich partnerów za pomocą czarnych dziur umieszczonych w jej źrenicach. Jak się okazało, zajmowała się tym procederem od ponad roku i ma na swym koncie co najmniej jednego denata. W trakcie zatrzymania twierdziła, że to pomyłka, próbowała jednak zassać funkcjonariuszy, którzy na szczęście zdążyli założyć hełmy-niewidki. Wykonany w areszcie pomiar przyrostu słojów tłuszczu zatrzymanej zaświadczył jednoznacznie o gwałtownym wzroście masy, równym jednemu dobrze wypasionemu mężczyźnie. W wyniku badania kobieta przyznała się do winy. Jak mówiła w trakcie przesłuchań, powodem jej nietypowego zachowania była fascynacja ciałami astralnymi spod klubu Koziorożec. Za nielegalne używanie silnego pola grawitacyjnego do celów erotycznych grozi jej dożywotnie uwięzienie w studni potencjału.

Wiemy wszyscy, że intensywność i jakość naszych relacji silnie zależy od tego, jak gładko, młodo i zdrowo wyglądamy; można nawet pokusić się o stwierdzenie, że istnieje silna odwrotna korelacja między jakością siatki naszych znajomych, a siatką zmarszczek na naszych buziach. Toteż dziś kilka rad od wuja Freda, co się nie marszczy.

  • Staraj się gromadzić wiele półpłynnych substancji w małych tubkach. Niektóre z nich wylewaj sobie co jakiś czas na skórę i dokładnie rozsmarowywuj (ponieważ nie ma takiego słowa, próbuj też wklepywać).
  • Zachowaj łagodnie zdziwiony uśmiech bez względu na sytuację — to optymalny sposób użytkowania skóry twarzy. Pamiętaj, że zmarszczki robią się od zmartwień, ale też od nadmiernej wesołości. Dobrze, jeśli potrafisz zachować na twarzy tę łagodność niezależnie od tego, czy oglądasz Las Vegas Parano, czy dramat Zanussiego. Oglądanie tego drugiego wywołuje mniejsze zdziwienie, ale jest o tyle bardziej korzystne, że dobry sen jest przyjacielem twojej cery.
  • No właśnie, śpij dużo i spokojnie, ale nieporozumieniem są ostatnio tak modne organiczne noclegi w oborze pod maseczką na bazie ogórka. Żadna krowa tego nie wyliże i nie wygładzi ani nie nawilży twojej buzi. Krowy nie lubią ogórków, jogurtu też nie. Lepszym rozwiązaniem są maseczki z dobrze przeżutej trawy i rumianku.
  • Do złuszczania naskórka nigdy nie używaj szlifierki kątowej — zachowaj ją do manicure’u. Lepszą metodą jest zjedzenie zdjęcia młodej Scarlett Johansson, ale pamiętaj! żadnych ostrych przypraw. Od tego zaogniają się zaskórniki.
  • Zaskórniki zaś najlepiej usuwać łagodnym bioprądem. Naukowcy amerykańscy twierdzą, że prąd z gniazdka przepuszczony przez rzeżuchę jest zupełnie wystarczający. Rozwiejmy tu wątpliwości, nawoływanie „taś, taś” do naszych wągierków jest skuteczne tylko, gdy zestroimy głos z ich częstotliwością rezonansową — ale to może być trudne dla osób nieobdarzonych sopranem koloraturowym. No i trzeba potem czyścić lusterko.
  • Mów głośno o swojej gładzi, nie siedź cicho w kąciku. Pani E. z Łodzi siedziała i wszyscy myśleli, że jest starą, pomarszczoną raszplą. Lepiej załóż blogaska i pisz o swoich doświadczeniach z półpłynnymi substancjami w małych tubkach, o tym, że je wcierasz i gdzie wcierasz. Przeplataj to zabawnymi przebitkami o użeraniu się z niekompetentną obsługą sklepu z kosmetykami. W ten sposób będziesz roztaczać nimb osoby zadbanej i gładkiej.
  • Możesz też zjeść lusterko.
  • Tekst sponsorowany przez Instytut Twojej Starej.

    przebiegała przed naszym miejscem codziennie rano, mniej więcej pięć po dziewiątej, gdy piliśmy poranne lassi. piszę “miejscem”, bo był tam nasz domek z paździerza, restauracja, bar, a gdybyśmy tylko chcieli, to także niewyczerpane źródło tłustego haszu. rządził tym Johnson, który naprawdę nazywał się Raj, ale chciał, żeby wołać na niego Johnson, bo Raj był czemuś uncool.

    no wiec przebiegała codziennie, przez cztery kolejne ranki, pod samym płotem tego naszego miejsca. zgrabnymi nóżkami przebierała w ciepłym piasku, rzucała na boki ciemnym oczkiem i szybko znikała za zakrętem, gdzie widocznie miała jakieś sprawy.

    — white beauty — mruknął Johnson, kiedy przeszła czwartego dnia. czuć było w jego głosie uznanie. co więcej, wydało mi się, a może nie, miałem nawet pewność, że spojrzał przy tym łakomym wzrokiem na M. a tamta faktycznie była jasna, nietypowa tutaj, i to raczej nie rozjaśniana kremem.

    zignorowaliśmy to i zapomnieliśmy o sprawie. ale piątego dnia już się nie pokazała. zdziwiliśmy się oczywiście, bo stała się już stałym punktem porannego programu, takim trochę elementem wystroju, jak ładny obrazek na ścianie.
    — Johnson, nie widziałeś jej dzisiaj? — spytałem.
    — nie — uśmiechnął się pod nosem. — ale wiem, gdzie jest.
    — ?
    — o, w niebie, z pewnością — oczy mu błysnęły, a wydatne, indyjskie wargi, hm, zwilgotniały. — white beauty, wiesz, tam one w końcu wszystkie trafiają — roześmiał się jakoś tak chrapliwie i tu zaczęło się już robić przykro. — zobaczcie, to nowe menu, especially for tourists — triumfalnie rzucił nam kartę. spojrzeliśmy po sobie z M, uśmiechnęliśmy się grzecznie, opróżniliśmy szklanki i szybciej niż zwykle ulotniliśmy się od stolika. a potem wymeldowaliśmy się z domku. Johnson był zawiedziony. szukał wzroku M i w ogóle nie patrzył na mnie.

    i co z tego, że była świnią? kiedy przyszli po świnię, nic nie zrobiłem, bo nie byłem świnią, co nie?
    poza tym, nie przepadamy za wieprzowiną.

    Pan Xawery Sobiewuj jest menedżerem średniego szczebla w średniej wielkości korporacji. Pełni rolę fatum, ale nie wie o tym i nigdy się nie dowie. Nieco spuchnięty, zmięty i prawie czterdziestoletni, ma trójkę podwładnych i, poza intrygującym nazwiskiem, żadnych cech, które by go jakoś wyróżniały. Robimy więc z pana Xawerego nawias otwierający i zajmujemy się jedną z trojga jego pracowników, panią Ywonką.

    Tak więc, pani Ywonka. Nie nosi intrygującego nazwiska, w pracy załatwia raczej nieintrygujące sprawy. Chyba już zaczynamy się nią nudzić i przymierzać ją do roli nawiasu zamykającego, ale w ostatniej chwili dostrzegamy w jej sercu tajemnicę. Pół roku temu pani Ywonka przyczyniła się do śmierci męża i sama odniosła pewne obrażenia, prowokując wypadek samochodowy, aby zdobyć pieniądze z mężowskiej polisy i wyjechać gdzieś daleko z nieświadomym intrygi kochankiem, panem Zbyszkiem. Policja wąchała, ale nic nie wywęszyła, pani Ywonka odleżała swoje w szpitalu i zgłosiła się do ubezpieczyciela, który jednak z przyczyn formalnych dobrze uzasadnionych wciąż odwleka decyzję o przelewie. Tajemnica w sercu pani Ywonki nie jest jednak źródłem jakichś przesadnych wyrzutów sumienia ani czarnych myśli. Pani Ywonka w ogóle stara się za dużo nie myśleć, stara się lepić smaczne suszi z koleżankami i pić dobre, nie za ciepłe, białe wino.

    Mamy trupa i mamy suszi, mamy też miłość, no może nie miłość, ale uczucie, a w każdym razie seks i choć ta miłość to uczucie ten seks dotyczy także pani Ywonki, to jednak wyczerpaliśmy jej potencjał narracyjny i nieco sflaczałą odkładamy w kącie tej opowieści. Przyjrzyjmy się wspomnianemu kochankowi, panu Zbyszkowi, kiedyś zazdrosnemu o męża, teraz na rozstaju między panią Ywonką a inną, młodszą i mniej poharataną. Pan Zbyszek, prawie czterdziestoletni, nieco spuchnięty i zmięty menedżer, jest postacią skomplikowaną i niepozbawioną głębi, ponieważ pan Zbyszek na dodatek kocha swoją żonę. Pan Zbyszek miota się w tym wielokącie, nienawidzi siebie za życie w kłamstwie i zbiera się, by z tym na zawsze skończyć. Pan Zbyszek ma w sobie prawdę, tak to przeczuwa. Ale przeczuwa też, że pierwsza prawda będzie brzmieć piekącym policzkiem lewym, od ręki prawej. Potem może przyjdzie wyzwolenie, ale też i pustka, a ostatnia prawda zadźwięczy już tylko echem dziurawej konewki na mrocznym strychu. Pan Zbyszek lubi metafory, ale nie lubi starych, zepsutych przedmiotów i zakurzonych, ciemnych pomieszczeń. I bardzo nie chce samotności. A ludzie nie lubią prawdy.

    Pan Zbyszek wie, że jest skazany na niewysokie polatywanie w sferze półprawd i prawd rozmytych, niezupełnych, trochę naciągniętych i słabo nadmuchanych. „I z dala od meritów i sedn”, dopowiada tchnący trunkiem i domykający swój nawias pan Xawery, tak się składa — stary licealny kolega pana Zbyszka. Niewinny nosiciel fatum, pan Xawery nie ma w sercu żadnej tajemnicy ani żadnej prawdy, ale w poprzednim profesjonalnym wcieleniu sprzedał przypadkiem bardzo korzystną polisę mężowi pani Ywonki i całkiem niechcący przedstawił panią Ywonkę panu Zbyszkowi. Teraz dopija płyn i udziela panu Zbyszkowi przyjacielskiej rady, zniekształconej alkoholem w ustach nadawcy i mózgu odbiorcy. Nie wiemy, co pan Xawery powiedział, wiemy, że do pana Zbyszka dotarło: „zostań prezydentem Urugwaju”. Los nie zna słowa „sorry”, więc pan Zbyszek następnego dnia leci do Montevideo, ale cóż, trafia tam kilka dni po ogłoszeniu wyników wyborów. Postanawia zostać do końca kadencji i zacząć nowe życie. To rozwiąże wiele problemów, w tym ubezpieczyciela, który nie będzie się już zasłaniać formalnościami, bo nie będzie przed kim. Gdyż sflaczała w poprzednim akapicie pani Ywonka poderwie się na tyle, że potem w jej wnętrzu znalezione zostaną liczne różne kolorowe pigułki. Co zostanie znalezione we wnętrzu pana Xawerego, chyba się nie dowiemy, bo wygląda na takiego, co będzie żył długo i szczęśliwie.

    kilka słów, które nie odwrócą twojego losu

    rzadko na moich wargach,
    lecz dziś ma warga to ziszcza,
    jawi się ropą nabrzmiałe,
    bolesne słowo: opryszczka.

    widziałem, jak na bilbordach
    głoszą się aptekarze
    licytujący się wzajem
    który jej będzie grabarzem

    maści, pastylki czy czopki
    przedają mi ci oszuści
    ale komórek nerwowych
    mych ona już nie opuści

    gdy cię bezczeszczę i pieszczę
    jak Colin naszą Bachledę –
    twych ust kwiat m.in.
    obdarzam HSV1

    w mym ciele, grubym czy chudym,
    bąknie (lub nie) to mój dyszkant
    żyje, choć rzadka na wargach,
    moja jedwabna opryszczka.

    KSP, von, wtf

    34-letni Jerzy S. zabarykadował się w swoim mieszkaniu i groził, że rozbije atom. Na miejsce błyskawicznie przybyła jednostka jądrowa policji, która ewakuowała Warszawę i odcięła dopływ pierwiastków z grupy lantanowców. Sytuacja zaczęła wyglądać dramatycznie, gdy przez nieszczelne okno wydostało się kilka dziwnych kwarków.

    Na miejsce skierowano także policyjnego negocjatora, który nakłonił Jerzego S. do otwarcia drzwi. Wtedy jednak desperat rzucił się na funkcjonariuszy z nie wiadomo skąd wziętym durszlakiem kuchennym, przez który zamierzał ich przetunelować. Na szczęście durszlak oblepiony był zaschniętym makaronem i stróże prawa poskromili lokatora za pomocą odpowiedniej bariery potencjału. Mimo to potrzeba było aż pięciu policjantów, aby doprowadzić agresora do radiowozu. Jerzy S. opluwał pojazd i lżył funkcjonariuszy emitując pod ich adresem wiązki zaczynające się na różne litery alfabetu greckiego.

    Policjanci zabezpieczyli w mieszkaniu aresztowanego wszystkie atomy oraz tłuczek.

    Po przebadaniu mężczyzny na izbie wytrzeźwień okazało się, że miał on około 0,5 kilorentgena we krwi. Wyjaśniło się także, że Jerzy S. nie miał kwalifikacji do rozbijania atomu, chociaż podawał się za magistra inżyniera fizyki. Prawdopodobnym powodem nietypowego zachowania mężczyzny było słabe oddziaływanie z żoną.

    Jerzy S. noc spędził w policyjnym areszcie, a kiedy odpromieniował — policjanci przedstawili mu zarzuty.

    Teraz grozi mu do 5 miesięcy więzienia i utrata licencjatu.


    inspiracja oczywiście z serwisu policyjni.pl

    Pani Plastelina przysiadła w końcu w kawiarni, żeby choć na chwilę odetchnąć. To był wyjątkowo zwariowany dzień. Lubi te chwile, kiedy może snuć myśli, kiedy szumią samochody i ludzie, kiedy pachnie kawa.

    Nikt nie wie, o czym myśli pani Plastelina, ale to na pewno musi być coś miłego. Twarz pani Plasteliny rozświetla łagodny uśmiech.

    Gdyby ktoś teraz zajrzał do głowy Pani Plasteliny, zobaczyłby tam krwawy, tętniący mózg. Ale gdyby zajrzał bardziej metaforycznie, ujrzałby na przykład, że Pani Plastelina myśli ciepło o swoim mężu, którego rano pieściła aż do happy endu. I o swoim ciele, które, choć trochę zbyt obszerne, jednak akceptuje. I o kochanych synach, wesoło dokazujących teraz na koloniach. O doktorze M, troskliwym przyjacielu rodziny, który dziś znów nic złego nie zdiagnozował. O matce, której tak wiele zawdzięcza. A także o Waflu, beagle’u, zawsze radośnie szczekającym, kiedy wraca do domu.

    Jeszcze niedawno Pani Plastelina miałaby różne inne myśli. W tych marzeniach dosiadałaby męża, żeby wbić mu w gardło pilnik do paznokci i patrzeć, jak zdziwiony wykrwawia się na pościel. Potem w łazience – co za niespodzianka – ważyłaby pięć kilo mniej i w dużym lustrze wyglądałaby naprawdę extra. Gdy mąż stygłby sobie w sypialni, dzwoniłaby na kolonie, żeby dzieci już nie wracały. Doktor M, po udanym badaniu, miałby z nią, choć oczywiście trochę by się opierała, bardzo udany stosunek wprost na stole ginekologicznym. Wieczorem odwiedziłaby matkę i sprawnymi ruchami udusiłaby ją, a po powrocie do domu to samo zrobiłaby z psem.

    Pani Plastelina zrobiła jednak wśród koleżanek badania fokusowe i koleżanki powiedziały, że tak myśleć nie można, że to złe, a poza tym to za bardzo przypomina stereotyp bezradnej kury domowej, mszczącej się w myślach za nieudane życie.

    Kawa kapie na bluzkę, co budzi Panią Plastelinę z marzeń. To smutne, bo bluzka jest ładna.

    Myśli Pani Plasteliny nie chcą już wrócić na poprzednie tory. Pani Plastelina czuje teraz, że jest bardzo złą kobietą. I niewdzięczną. Robi się jej coraz markotniej, wstaje więc od stolika i idzie na przystanek żeby rzucić się pod następny tramwaj. Niestety, tramwaje długo nie nadjeżdżają. Ktoś mówi, że jakaś wariatka rzuciła się pod tramwaj gdzieś przy Politechnice i teraz wszystko stoi. Pani Plastelina zrezygnowana wraca do kawiarni i za karę zamawia sobie kolejne ciastko migdałowe.

    jej śni się rekin / patroszony głęboko zamrożony / mnoży go i dzieli na obiadowe porcje / i upycha w kieszeniach lodówki / chociaż nie jada rekinów / / on sobie śni się rybą / w małym akwarium kreśli infinitum / rozmyta twarz uśmiecha się przez szybkę / niebawem wyłączą światło / i napowietrzanie

    Kiedy pani Ania wsiadła do autobusu, Majuszczyk zdecydował, że dzień nadszedł.

    Majuszczyk miał sześćdziesiąt cztery lata, od dawna żył bez żony, był kierowcą autobusu szkolnego i nienawidził swojej pracy. Nienawidził wyrostków, których woził, za ich pryszcze i buzujące hormony, znajdujące ujście w sprośnych żartach i obleśnych historyjkach, docierających do Majuszczyka zza pleców. Nienawidził też pani Ani, względnie młodej nauczycielki, która czasem podjeżdżała autobusem do szkoły. Jej duży biust, zbyt silny makijaż i za mocne perfumy budziły w nim odrazę. Tej nienawiści nikt nawet nie przeczuwał – Majuszczyk skutecznie krył ją pod milczącym, jakby przepraszającym uśmiechem. Za przymus maskowania nienawidził ich jeszcze bardziej.

    W Żerdziskach autobus wjeżdżał na prom, żeby przeprawić się przez rzekę, rozlaną leniwie w tych okolicach. Był mały ruch, na promie był jeszcze jeden samochód i trzech pieszych. Majuszczyk zaparkował przy końcowej barierce. Wszyscy siedzieli w autobusie, bo na zewnątrz padało. „Teraz” – pomyślał Majuszczyk. Przymknął oczy, przeżegnał się, bardzo pewnie i spokojnie uruchomił silnik, zwolnił ręczny, wcisnął gaz i puścił sprzęgło. Autobus gwałtownie wierzgnął, przebił barierkę i wpadł do rzeki.

    Kiedy następnego dnia specjalny dźwig rzeczny wyciągnął autobus z mielizny, szkolne ciało pedagogiczne postanowiło nie karać Majuszczyka, uznając zdarzenie za nieszczęśliwy wypadek starego pracownika. Poza kilkoma przeziębionymi uczniami i lekko uszkodzonym pojazdem nie było żadnych strat. Postanowiono jednak kierowanie autobusem powierzyć komuś młodszemu, a Majuszczykowi zaproponować mniej odpowiedzialne i bezpieczniejsze stanowisko palacza w szkolnej kotłowni. Majuszczyk nie oponował. Ogień cenił znacznie wyżej niż wodę.

    weź krowę. przyłóż do jej głowy pistolet pneumatyczny, pociągnij za spust. wypatrosz, uwędź, sprzedaj, zjedz. jeśli tylko dochowasz wymogów sanitarnych i dostaniesz odpowiednie zezwolenie – możesz to zrobić. u nas – tak. w Indiach już nie, tam jest to nieetyczne i nielegalne, jeśli cię złapią, to wylądujesz w kiciu i opiszą cię gazety. u nas – dołożysz niewielkie ziarnko do PKB. tu krowę się zabija, bo jest, bo jest słabsza, bo jest wołowiną. prawo ani obyczaj (gr. ethos) nie objęły jej ochroną, wegetarianom pozostaje jedynie żenować martwym cielakiem.

    a teraz posłuchaj piosenki. posłuchaj, kropka. nic więcej (teoretycznie) nie możesz zrobić. nasze prawo (choć nie obyczaj) nie pozwala jej sobie przywłaszczyć czy rozmnożyć. ale w wielu miejscach na ziemi nie chroni jej zupełnie nic. można ją tam skopiować, wystawić na straganie albo w sieci. piosenkę się kopiuje, bo jest, bo nikt nie obroni autora, bo jest ładna. ani obyczaj ani prawo nie objęły jej ochroną, autorzy śpiewają tam zbyt cienko.

    gdzieś broni się krów, gdzie indziej – piosenek. kraje, w których chroni się krowy, nazywamy trzecim światem i życzymy rozwoju; te, w których chronione są piosenki, to kraje już rozwinięte.

    to, że autor ma jakieś prawa, a krowa – nie, to kwestia balansu sił. etyka i obyczaj zależą od lokalnego układu widzi-mi-si, ale też od gry pomiędzy jednym a drugim (choć w końcu to obyczaj zwykle wygrywa). w prawie jest tyle absolutu, ile wspólnie wypili go ustawodawcy i lobbyści. prawo i etyka to wypadkowa przepychanki – na przykład między obrońcami krowy a jej konsumentami i hodowcami. ile dywizji mają krowy? a ilu prawników? a księży? (bramini się nie liczą)

    krowy rzadko zostają producentami i kiepsko lobbują, w każdym razie w krajach rozwiniętych. gdyby to krowy śpiewały piosenki, prawo autorskie istniałoby tylko w Indiach. who would care.

    Odkąd w Republice nastały rządy Solipsystów, w Ministerstwie Kontaktów z Rzeczywistością nie było dużo roboty. Owszem, cieszyło to nas, wszak w końcu mogliśmy odetchnąć po absorbującej krzątaninie Multipluralistów, ale z drugiej strony przepełniało niepokojem, bo wisiała nad nami niewypowiedziana, ale przeczuwana i szeptana po korytarzach groźba definitywnej redukcji. Jak służyć komuś, kto neguje nasze istnienie? Krążyliśmy po Ministerstwie, odprawiając codzienne, od lat niezmienne rytuały, wysyłaliśmy terenowe inspekcje, zbieraliśmy raporty z delegatur – wszystko to jednak podszyte było niepokojem i coraz wyraźniejszą świadomością, że ta praca naszych przełożonych w ogóle nie interesuje.

    Pracowałem w Ministerstwie dostatecznie długo, by pamiętać rządy Dualistów, zwanych też Pieprzystami, postulujących jedynoistnienie układów Mnie-Ci. Nie zapomniałem też butnych Deterministów z ich „Tak dalej być musi” – i szybkiego ich upadku. Byłem więc przygotowany na wiele ekscesów, jednak nie na to, że będziemy całkiem ignorowani. Zwykle byliśmy władzy do czegoś potrzebni i realizowaliśmy jakąś linię (choćby podwójną); teraz – pozostawiono nas samych sobie. Nowa władza chyba w ogóle nie zauważała, że dalej, niejako z rozpędu, organizowaliśmy kolejne TyZmy, czyli Tygodnie Zmysłów (różnych) albo DIORy, czyli Dni Interakcji Obywatela z Rządem, ale całkiem możliwe było też, że uznała te działania za nieszkodliwe, niesprzeczne w końcu z obowiązującym kursem.

    Rzeczywistość puszczona samopas dziczeje, wie to każdy młodszy specjalista w naszym Ministerstwie. A Ministerstwo pozostawione samo sobie? No cóż, stara się nadążyć za nurtem. Bo przecież nurt był, trzeba było tylko odgadnąć, którędy płynie, trzeba było go wyprzedzić i zrozumieć, dokąd zmierza. Czego mogą chcieć nasi władcy? I co możemy im, domyślając się ich pragnień, dostarczyć? Czego, co nie jest zupełną apatią i apraksją, na które przecież tylko czyhały wrogie Rządowi siły? Skoro nie można zaprzeczyć światu (i własnym etatom), trzeba świat ujednostkowić, poszatkować na indywidua, singletony niepowiązane ze sobą i zaprzeczające sobie nawzajem. A więc: indywidualizacja obywatela.

    Ponieważ nasz Minister również był Solipsystą, inicjatywę przejął dyrektor Departamentu Bodźców Akustycznych. Dysponował znakomicie rozwiniętą siecią podsłuchów, więc świetnie wiedział, co w Republice piszczy. Ludzi i narzędzi do wywierania odpowiedniego wpływu dostarczył mu dyrektor Departamentu Bodźców Mechanicznych, przypadkiem jego dawny kolega. Przypadkiem ja.

    Program był śmiały. W imieniu Rządu ogłosiliśmy likwidację wszystkich partii, organizacji, kościołów i kółek zainteresowań. Zabroniliśmy wszelkich elementów zespołowych w sporcie: w piłce nożnej zezwoliliśmy jedynie na rzuty karne oraz dryblingi, w hokeju – na wykluczenia. Otwarte były tylko sklepy samoobsługowe, w teatrach grano wyłącznie monodramy, koncerty dawali jedynie soliści (oczywiście a capella). „Sam albo nikt” głosiły transparenty rozwieszone we wszystkich miastach. Dowcipni obywatele uzupełniali je dopiskiem „A samice?”. Ci, których na tym przyłapaliśmy (wielu), dostali szansę rozważenia tej kwestii w długiej i kompletnej izolacji. A tych, którzy powtarzali „solipsyści – onaniści”, izolowaliśmy jeszcze trwalej, za zdradę stanu.

    Niszczenie więzów formalnych można było zadekretować, ale jak usunąć te nieformalne? Prowadziliśmy liczne akcje uświadamiające i edukujące, nasze delegatury monitorowały imprezy imieninowe, prowadziły wykazy par całujących się na mieście, raportowały częstotliwość uścisków dłoni na sekundę na metr kwadratowy. Nasz Departament Promocji wymyślił kolejne niezbyt szczęśliwe hasło: „solo jest wesolo”, które nakazaliśmy w krótkich, podkorowych błyskach wyświetlać w telewizji. Wszystko to działo się przy kompletnym milczeniu naszych władców.

    Poczuliśmy, że zaczynamy tracić kontrolę nad procesem, który uruchomiliśmy. To, co miało być tylko sprytnym przypochlebieniem się Rządowi, stało się ideologią, w którą wielu szczerze uwierzyło. Albo też szczerze udawało, że wierzy, co było jeszcze gorsze. Co aktywniejsi pracownicy Ministerstwa zaczęli śledzić swoich kolegów i przyłapywać ich a to na rozmowach przy papierosie, a to na telefonach do rodziny. Donosy popłynęły szeroką strugą. To się nie mogło dobrze skończyć. Mogłem to przewidzieć, jednak jakaś wrodzona inercja i gnuśność kazały mi czekać. I doczekałem się, że mój wspólnik, widząc, co się święci i uprzedzając któregoś z młodych aktywnych planującego nieuchronne oskarżenie o relację i współpracę z kimś, czyli ze mną, nakazał mnie za tę współpracę aresztować.

    Mój los został już przesądzony i na tym kończy się moja historia. A co dalej? Kiedy tak siedzę samotnie i to piszę, znajduję w tym jednak jakąś niewielką iskierkę pocieszenia, że przecież oni wszyscy żyją wyłącznie w mojej głowie. Że przecież to wszystko tylko wymyśliłem.

    Pan Jacek rozmawiał z kuponami totka.

    Pan Jacek nie zawsze rozmawiał z kuponami. Nie zawsze też grał w totka. Grał, odkąd przeszedł na emeryturę. Dwoma, a potem trzema losowaniami w tygodniu porządkował nadmiar czasu. Odmierzał jego upływ spacerami do kolektury.

    Pan Jacek odbierał i nadawał zaszyfrowane wiadomości.

    Pan Jacek nadawał wiadomości znacząc niebieskim zenitem dwa razy po sześć czarnych kresek na czerwonych cyferkach. Przy kolejnej wizycie odbierał dwuwierszową odpowiedź z maszyny losującej i nadawał kolejną wiadomość. Potem pan Jacek nawet nie sprawdzał wyników losowań, ale o tym nikomu nie mówił.

    Pan Jacek poznawał przyszłość oraz wpływał na losy świata. To było dużo ciekawsze od ewentualnych wygranych.

    Pan Jacek wpływał na losy świata kreśląc liczby na kuponach totka i odpowiednio do nich przemawiając. Wystarczyło dostatecznie długo wysyłać liczby związane z losem jakiegoś człowieka, aż w końcu coś ważnego mu się przytrafiało. Dostawał awans. Zostawał prezydentem. Albo umierał.

    Panią Mariannę, żonę pana Jacka, irytowało przepuszczanie pieniędzy na takie głupoty.

    Pani Marianna nie miała złudzeń.

    Pani Marianna pierwszy raz straciła złudzenia w dziewięćdziesiątym drugim, kiedy upadł Dzianintex, jej zakład pracy. Drugi raz, gdy syna, Andrzeja, zamknęli w Irlandii za paserstwo. Trzeci raz, gdy poczuła w sobie tę małą twardą kulkę.

    Pana Jacka nie interesowały wyniki losowań. Gdy zaczęło być głośno o nieodebranej nagrodzie za szóstkę trafioną w jego mieście, nawet nie sięgnął po kupony zbierane w teczce. Dobrze wiedział, że nic nie wygrał. Później okazało się, że szóstkę trafił pan Edward, sąsiad z trzeciego piętra. Niestety, pan Edward mocno przejął się wygraną i zmarł na serce przed telewizorem. Kiedy rodzina znalazła go po dwóch miesiącach, było już za późno. Nagroda właśnie się przeterminowała.

    Pan Edward był kiedyś kochankiem pani Marianny.

    Pani Marianna udawała, że o niczym nie pamięta. Pan Jacek udawał, że nic nie wie.

    Ale pan Jacek bardzo dobrze wiedział.

    Pan Jacek przestał skreślać PESEL pana Edwarda. Już nie było potrzeby.

    Po ostatecznym rozwiązaniu problemu transportu lotniczego władze Warszawy zabrały się za kolejną ważką dla mieszkańców kwestię – udrożnienie komunikacji miejskiej.

    Ten problem uznano jednak na wstępie za beznadziejnie trudny, bez zwłoki zajęto się więc sprawą prostszą – usprawnieniem komunikacji ze zmarłymi. Już wiadomo, że projekt będzie realizowany w porozumieniu ze wszystkimi działającymi w Warszawie grupami religijnymi, ze szczególnym uwzględnieniem wyznaniowego operatora dominującego.

    – Pani Prezydent docenia wagę komunikacji transcendentnej i znalazła w budżecie środki na istotną poprawę jej jakości – mówi Piotr Zapieralski, odpowiedzialny w ratuszu za organizację projektu. Na początek zbudowana zostanie nowa sieć szkieletowa do nieba katolickiego, z przyłączami do innych nieb monoteistycznych, co przy okazji usprawni komunikację urzędników z Duchem Świętym. – Pani Prezydent lubi Mu czasem wysłać smsa – dodaje Zapieralski. Nowa umowa z Szatanem pozwoli na skuteczne filtrowanie jęków dręczonych dusz. To poprawi komfort rozmów, na którego brak tak bardzo narzekali mieszkańcy Warszawy.

    Do tej pory zmorą warszawiaków była organizacja komunikacji pomiędzy różnymi wyznaniami. Jeśli już udało się nawiązać połączenie, było ono bardzo kosztowne.

    – Jeśli jestem świadkiem Jehowy, a mój zmarły przodek był katolikiem – jak drogie będzie takie połączenie? – spytaliśmy urzędników ratusza. – Połączenia w ekumeningu będą kosztować praktycznie tyle samo, co wewnątrzwyznaniowe – mówi Artur Buddabar, odpowiedzialny za techniczną stronę rozwiązania – Co więcej, udostępniono nową pulę trzycyfrowych prefiksów do wykorzystania przez liczne grupy schizmatyków. Jesteśmy otwarci na potrzeby wszystkich ekskomunikowanych.

    Buddabar zapowiada zupełnie nowe rozwiązanie dla wierzących w reinkarnację. Jeśli zmarły warszawiak odrodził się np. jako pokrzywa, to, o ile zostanie zidentyfikowany przez bliskich, będzie można podłączyć go do dekodera szumu liści i komunikować się z nim nawozem. Oczywiście poważną przeszkodą byłby fakt reinkarnacji na terenie strzeżonego osiedla.

    Nowością będzie specjalna oferta dla ateistów. Przez cały 2010 rok będą mogli bez opłaty aktywacyjnej przystąpić do wybranego wyznania oraz zapisać tam do trzech zmarłych bliskich. Hitem mogą być też zniżki na rozmowy z nienarodzonymi.

    Obecna ekipa stawia sobie za cel pokrycie transcendentorami całego obszaru Warszawy do połowy przyszłego roku. Opozycja protestuje. – To całkowicie nieracjonalny wydatek, szczególnie w dobie kryzysu – piekli się opozycyjny radny Adolf Judaszewicz. – Czemu wciąż nie można znaleźć pieniędzy na sieć egzorcysterów wokół centrów handlowych?

    Ratusz wydaje się nie przejmować krytyką. Po zakończeniu tego projektu urzędnicy planują kolejne ambitne zadania – m.in. ugniatanie czasoprzestrzeni parkingowej oraz przystrojenie placu Defilad kwietnym obrazem przedstawiającym plac Defilad.

    karol wojtyła dolina roztoki 1977