sob

gimme gimme gimme a man after midnight. jest nieźle.

jarocin 11

czyli polska młodzież śpiewa stare piosenki.
było miło; przyjemny rock-piknik, choć artystycznie raczej bez doznań granicznych, których zresztą nie oczekiwałem.
sam jestem zaskoczony, ale najbardziej podobali mi się Acid Drinkers…
(ale też – dużo ominąłem w ramach snucia się w ciekawym towarzystwie)
dobra atmosfera, ale też: szoł is biznes. to nie zarzut, ale.
nie jestem pewien, czy dojrzałem jakiś autentyzm. może zahibernowany; taki nie wygląda najzdrowiej.
punks not dead, punks get fat.

zakaz wnoszenia własnej anarchii

i jeszcze, miał tam premierę świetny dwukilowy album J8, który Kolega Autor tam promował.
i jeszcze, zobaczyłem ciekawą koszulkę: albo to synchronicity, albo tkwił w niej Czytelnik. [update: z komcia wygląda, że Czytelnik]
i jeszcze, zdjęcia jakieś robiłem, ale wszystkie złe.

who are you?

tato, kim jestem? błędną odpowiedzią na źle postawione pytanie.

bo jakoś po głowie chodzi mi ostatnio tytułowa fraza z piosnki zespołu The Who, rok 1978.

walenty natłyst

twist and shout

(oczywiście, że Isley Brothers)

one

one is the loneliest number

“One”, Harry Nilsson, 1968
a potem Aimee Mann w Magnolii, 1999

metaformoza

you're not the angel i once knew. you've changed.

(“You’ve Changed”, Joni Mitchell, 2000); starsza wersja Billie Holiday tu

5

i wish that i could fly so very high

Lenio nie jest człowiekiem pióra. jest człowiekiem gitary i paru innych instrumentów, tudzież wokalu. rasowym człowiekiem muzyki jest. bo teksty ma — raczej niedobre. mało świeżego słowa, fraz się jakoś nie zapamiętuje, wpadają banałem, wypadają czymś tam. takie can we find a reason to live another season jest tak sieriozno podane, że zabawne. ale owszem, black velveteen, simple and clean, oh what a bad machine złe nie jest. szczególnie, że przywodzi na myśl pewną kanadyjską rudą welwetynkę, poznaną w autobusie dalekobieżnym z Francji do mej Warszawy, gdy do uszu z diskmena sączył się właśnie Lenio. lubię go jednak. gettin straight in 98 y’all.

(Lenny Kravitz, 5, 1998)

nasi ojce na jelenie urządzali polowania

(“O zdobyciu morskiego brzegu“, Czesław Niemen do słów Galla A., 1977)

uninvited

i have simply wanted an object to crave

(“Uninvited“, Alanis Morissette, 1998)

dialock

talkin' loud

(“Talkin’ Loud And Sayin’ Nothing”, James Brown, 1970)

life cycle management

seduce me once again ltd.

(“dance with me“, nouvelle vague, 2006)

złączym się

tu jest nasza ojczyzna

śpieszę donieść, że kolega Emeliks przygotował kolejną porcję muzyki, do tańczenia podobno; a mnie zaprosił do przygotowania okładki (już trzeciej w tej serii). hałsowych oberków można sobie posłuchać via strona Autora, dostępna po kliknięciu na.

gimme shelter

gimme shelter

(The Rolling Stones, 1969 / Patti Smith, 2007)

wykonania Stonesów w ogóle nie zauważałem, zlewało się z tłem innych równie-niezłych-ale-nie-wybitnych kawałków. ale parę miesięcy temu usłyszałem wersję Patti Smith na (świetnej) płycie Twelve – i coś to we mnie rozwibrowało [tu live, też niezłe]. a roślinka wyrosła w moim samochodzie, na gołej blasze. cóż… faded away.

one of these days

and i'm not afraid of dying, pink floyd

(“The Great Gig in the Sky”, Pink Floyd, 1973)