szarfy psich jelit
barwią marznący dystans
od Tąd do Nikąd

tulcza, wieje

nad Dunajem, w Tulczy, frustracja: większość noclegów nieczynna, te, co czynne – drogie; uszkodziłem sobie zderzak wpadając kołem w rynsztok; no moja wina, ale to, że mogę sam siebie teraz ukarać, jakoś mnie nie pociesza. no i wieje. i brzydko (w miescie, poza – lepiej), taką urodą tandetnej szminki.

święta widoczne, ale nie przeszkadzają. błogosławiona nieznajomość rumuńskiego? a może natężenie bodźców jednak inne, nie wiem.

pan Bart zainspirował mnie do popróbowania techniki hdr. choc planowałem to zrobić dopiero po powrocie, to jednak dzisiejszy nienastrój wymagał pozytywnej stymulacji: sprawdziłem więc, co tutejsze komputery potrafią zdziałać. pierwsze próbki:


(klik klik, jak się załaduje strona)

ps. wyciągnę tu pewien raz z Jassów, bo mało kto klika na tego unterbloga

cimitirul vesel

zalegle, jeszcze Sapanţa. wzruszajace, tak po prostu.
a ja juz w Suczawie, a ja juz w Jassach…


(klik klik, jak się załaduje strona)

(balaganiarsko, ale nie mam sily walczyc z layoutem. przy okazji widze, ze vontrompka nieco sie wali pod FF 2x. pliz apgrejd tu tri.)

sighetu marmaţiei

Chyba Stasiuk napisal, ze w Rumunii nie uzywaja kierunkowskazow, bo sie zuzywaja, za to trabia (trombio), bo to nic nie kosztuje. No, efektowne, ale. Jak na razie trabia z rezerwa, migaja w normie, a migajacego wpuszczaja (eureka! to tak mozna?). Wiec jakos inaczej, nie tak. Ech, ten Stasiuk, zawsze Stasiuk. Zrodlo wiedzy o krajach srednio odleglych dla srednio oczytanych Polakow. The Source. The Sorcerer.

Staram sie czytac jak najmniej przed wizyta, raczej po. Raz, ze nie lubie znieksztalcac postrzegania, dwa – nawet najlepsze pioro nie przemieni papieru w namacalnych ludzi w namacalnych realiach, trzy – jestem leniwy. Zatem, naiwny prostaczek, ogladam kolorowe (albo raczej szaro-bure) trojwymiary, zbieram w glowie obrazy i dzwieki (zapachy rzadziej, za zimno).

Poznanie zaposredniczone. Ja sam zaposredniczam teraz siebie, nie piszac o Baia Mare czy Sighetu, ale o swoich myslach w tych (czy – wlasciwie – jakichkolwiek) miejscach. Odbior bardziej zajmujacy od zrodla, przewodnik – od wedrowki, krytyka – od dziela. Czytanie blyskotliwych i niszczacych recenzji gniotow filmowych bywa przeciez przyjemniejsze niz ich wlasnooczne ogladanie. Na youtube mozna obejrzec reakcje ludzi ogladajacych film z dwiema pannami w akcie seksualnym defekujacymi a potem zjadajacymi produkt (kto ciekaw, niech se wpisze… a nie, nie dam). Czy beda reakcje na reakcje? Druga pochodna gowna? Zrozniczkowana perwersja, wszechogarniajacy trackback i cytologia.

Zeby podtrzymac jakis stereotyp, powinienem tu zamiescic pierwsze zdjecie zrobione po przekroczeniu granicy wegiersko-rumunskiej: wesolego i niczyjego psa, ktory walesal sie na przejsciu, probujac wydebic podarki od cudzoziemcow zatrzymujacych sie po winietke. Brak obrozy moja zwesternizowana glowa automatycznie tlumaczy jako niczyjosc, a wiec opuszczenie i pożałowaniagodność (prosze docenic, ze pracowicie wkleilem polskie znaki diaktryczne). Sporo tu takich skundlonych owczarkow, choc nie spotkalem jeszcze zadnej watahy. Zdjecia jednak nie zamieszcze, bo w kafejce komputery sa opancerzone, monitory za dodatkowa szyba, a podkladka pod mysz przykrecona srubami. Cud, ze myszka jest ruchoma.

drobne przyjemności

drobne przyjemności

kilka zdjęć z Beskidu Niskiego i okolic można zobaczyć po kliknięciu na powyższe. ja jakoś wypoczęty i oczyszczony. a w Osetii podobno igrzyska.

falstart

do Woli Piotrowej trafilem przypadkiem, gdzies tam wlasnie skonczyla sie moja odpornosc na pecherze na stopach, owoc nieszczesnego mariazu platfusa z butami salomon. w wiosce mieszkaja sami zielonoswiatkowcy, jakies trzysta osob – tzw. repatriantow i ich potomkow – przybylych z czeskiego Zaolzia, gospodarujacych na ziemi po dawno przegnanych Lemkach. sklepowa, z ktora pierwsza rozmawialem, miala silny akcent z tamtych stron. z pewna niesmialoscia sprzedala mi piwo, ukryte gdzies w kącie lodowki.

to poczatek historyjki dzis napisanej, ktora – mimo omowien i braku nazw wlasnych – okazala sie zbyt przejrzysta dla przenikliwego czytelnika. poniewaz o cos ogolnego chodzilo mi raczej, nie o konkretnych ludzi, ktorych spotkalem, tekst znalazl sie w archiwum, do dalszego przetworzenia, kiedys, gdzies. co wydalo mi sie ciekawe? ponownie potwierdzony mechanizm roznicowania sie grup ludzkich, gdzie najgorsze jest to Inne, co najbardziej podobne. i tym gorsze, ze swoja zarliwa obecnoscia uswiadamia istnienie alternatyw.

i jeszcze: nagly blysk skojarzenia miedzy tym, co bylo tu zywe kilkadziesiat lat temu (prawoslawiem) a tym, co zyje teraz (protestantyzmem). oba koscioly, niby odlegle, sa sobie bardzo bliskie w intensywnosci przezycia duchowego. a takze – w sprawnym oddzialywaniu na zmysly (prawoslawie) i na emocje (protestantyzm, szczegolnie ten radykalny). kiedy mysle o prawoslawiu, slysze transowe chóry, widze czerwien i zloto ikon, czuje zapach kadzidel. kiedy mysle o protestantyzmie, widze surowa sale, a na niej sugestywnego kaznodzieje, ktory porywa tlum, po chwili spiewajacy gospel. kiedy mysle o katolicyzmie. widze polski bombastyczny barok i slysze rozchodzace sie zawodzenie “baranku bozy, ktory gladzisz grzechy swiataaa…”. jesli katolicyzm przetrwal, to chyba tylko dzieki inercji wiernych i z braku innych latwo dostepnych alternatyw. zreszta, na wolnym amerykanskim rynku radzi sobie slabo.

ptaki setkami obsiadaja pola i drzewa. gdy probowalem ze slabym skutkiem fotografowac je w locie, z domu stojacego miedzy mna a stadem wyszedl gospodarz. “co pan tu za zdjecia robi” – spytal. pokazalem palcem ptaki, ktore akurat usiadly. “odlatują” – powiedzial. “tak wczesnie?” – spytalem. “no” – odpowiedzial.

w swiecy, przy ktorej piszę, splonela ćma. pięć minut pozniej wlaczyli prad.

głosuj na jachwe

te miasto należy do allaha

Makowski narobił mi smaku na małe miasteczka, więc wybrałem się do Góry Kalwarii. Parę niereprezentatywnych zdjęć zobaczyć można po kliknięciu na.

zakopianka

polska na dobrej drodze


(klik klik, jak się załaduje strona)

powiat wielkanocny

w zamościu mężczyźni przerażeni perspektywą męki pańskiej już o czternastej znieczuleni zataczali kręgi wokół rynku. jeszcze godzina, jakoś dotrwamy, może schowani za stolikiem, nakryci płatami postnej pizzy, albo w sklepie, zaaferowani i niewidzący, kupując jajka i pieczywo na trzy dni. a kiedy to już minęło i kiedy się dokonało, samochód wpuszczony w sieć mapy czytał zmęczonymi amortyzatorami mechaniczny manuskrypt zapisany przez pradawnych drogowców, dziurkowaną taśmę lokalnych szos, chaotyczne bity pozorujące informację pozostawioną specjalnie dla nas.

potem niedziela, w szczebrzeszynie brzmiały butelki rozbijane o macewy, dwaj mężczyźni ćwiczyli się właśnie w rzutach – do nas, do drzew, czy do nagrobków – jaka to właściwie różnica? cerkiew nieśmiało przycupnęła na wzgórzu, zamknęła się przezornie na kłódkę. miasteczko trawiło syty wielkanocny posiłek. nieliczni młodzieńcy snuli się po rynku, trochę znudzeni ciężkostrawną atmosferą familijną. ktoś przyjeżdżał, ktoś odjeżdżał, ktoś bmw, ktoś golfem.

biłgoraj, krasnobród, tomaszów lubelski
znów zamość
i pijani żebracy i chłopcy na rynku grający w piłkę
i już

 

isser hana bełżec

zamojszczyzna w te dni.
a tu sonderkommando belzec

nikiszowiec


czyli Katowice. klik klik.

lamartine

wycieczki wyostrzają percepcję lektur. z tej pozostanie mi w głowie na pewno jeden cytat – w “Orientalizmie” Edward Said pisze o Lamartinie, który w XIX wieku podróżował po Arabii:

Z wielką pewnością siebie dyskutuje o arabskiej poezji, nie zdradzając przy tym żadnego zażenowania, że zupełnie nie zna tego języka.

no więc nie będzie żadnej śmiałej syntezy tureckiej rzeczywistości. trzy tygodnie w otoczeniu obcym, z mojego punktu widzenia – niemym to czas, w którym można jedynie przyjmować bodźce. jeść, pić, być głupio oszukiwanym i bezinteresownie obdarowywanym, marznąć w lodowatych hotelach i grzać się w słońcu, polubić kilku ludzi i nawet z nimi porozmawiać, przespacerować parę miast i nawet je polubić. zostało trochę wrażeń, obrazów i wspomnień na przyszłość; wyobrażenie o Turcji nabrało prawdziwych kształtów.
prawdziwych? wielowymiarowych w każdym razie.
interpretacje?…

iskenderun

to już prawie koniec. pewnie będą jeszcze jakieś zdjęcia. a od poniedziałku vontrompka wraca do realiów.

PS. a zdjęcia są dostępne tu.

saturator

na noworoczne orzezwienie dla Panstwa – z ajranem, nie z ordynarna sodowa. jest pan, sa szklaneczki, jest wiaderko do plukania szklaneczek, wszystko jest. takie rzeczy tylko w Antakyi.

saturator.jpg

(to znaczy, gazu nie ma, wiec wlasciwie nie saturator. przypominam, ze jedynie sluszny saturator z gazu babelkami był oczywiście gdzie indziej, ale już nie ma)

this is your muezzin calling