oczywiście, że wybieram wędkę.

fatima tajemnice objawienie

dlaczego nie uczymy się na własnych błędach? bo ich nigdy nie popełniamy.

czyli co, stworzyłeś, a teraz nie możesz unieść?

wieprzowina. wieprzo wina. widzisz? to wszystko przez ciebie.

widziałaś Marka? wygląda szałowo! Marku, jak sobie poradziłeś z problemem cery trądzikowej?! zaakceptowałem ją.

dla pana to może piekło, ale dla mnie - ojczyzna.

większość przeraża mniejszość

nikt mnie nie lubi. chociaż nie, nieprawda, ja siebie lubię! chociaż jednak też nie.

uważaj! bo odstrzelisz sobie stopę! milcz! nikczemny zdrajco!

i nie mów mi, jak jest w piekle! po tylu latach w czyśćcu mam chyba prawo do dobrze schłodzonego nektaru!

czy w zaistniałej sytuacji mam szansę skusić państwa na brukselkę?

tylko luzerzy pękają, misiu. zwycięzcy flaczeją.





























































sobie samemu ku przytomności za kilka lat; ale może i kogoś to zainteresuje.

  • byłem w Indiach już czwarty raz, drugi raz na północy. zacząłem czternaście lat temu, właśnie na północy i chyba coś się od tego czasu zmieniło – albo obiektywne otoczenie, albo oko obserwatora, albo jedno i drugie.
  • obserwator doznaje, że jest jakby mniej nachalnie napastowany i mniej agresywnie próbuje się go oszukać; możliwe, że obserwator mniej się przejmuje, a więcej ignoruje. jeszcze siedem lat temu było w nim więcej złości, złość jest atrakcyjnie elokwentna, ale czy na pewno mądrzejsza. nazwijmy to mądrością etapu.
  • a otoczenie: statystyki mówią, że pekab rośnie tu stale o tłuste 7% rocznie, wzrost populacji pożera z tego 1 punkt, ale i tak zostaje tyle, by przez te czternaście lat podwoić gospodarkę i to z górką. to nadal bardzo biedny kraj, ale jednak sporo bogatszy, niż na początku wieku. może nie trzeba tak zażarcie walczyć o chleb? nędzarzy ponoć ubyła połowa.
  • (it’s globalizacja, folks)
  • ale nadal to kraj ciężkiej, masowej pracy ręcznej i nożnej. ryksze osobowe [1], ryksze towarowe [2], wytwórnie pokarmów [3], farbiarnie [4], zakłady krawieckie [5]… obok zaparkowanych wytworów najnowocześniejszej technologii znanej ludziom – człowiek na palenisku wytwarza rondelki [6]. groszowa gospodarka – skazana na zagładę? a może – nie?…
  • śmierdzi uryną, to nadal główna nuta z indyjskiej gamy perfum. mężczyźni szczają w każdym zaułku [7], osobliwością są delijskie urynały ufundowane na środku chodników (chodników?!).
  • i jest brudno, praktycznie nie ma miejsc po prostu czystych, są najwyżej obmiecione, chyba nikomu to specjalnie nie przeszkadza, choć do dbania o czystość zachęca się z pomocą wszechwidzących okularów Gandhiego. [8]
  • byłem w miejscu tak brudnym, że nie mogłem go sfotografować, bo porzygałbym się, gdybym później zobaczył zdjęcie.
  • plastik, zwały plastiku generowane pracowicie codziennie przez przeszło miliard konsumujących bez przerwy a to czipsy, a to chrupki, a to herbatniczki, a to thali na wynos. plastik walający się i spalany wprost na ulicach; o smogu wspomnę tylko tyle, że na powrót do Polski cieszyłem się jak na wyjazd do sanatorium.
  • to może być skutek braku odpowiednich nawyków, może łoteweryzmu, ale może też – autentycznej biedy, i to biedy podwójnej. raz, bo wciąż ubodzy są ludzie, dwa, bo niezasobne jest państwo, ściągające niewiele (procentowo) podatków, zbiurokratyzowane i skorumpowane. brak możliwości, by zbudować skuteczny system dbający o jakość życia wszystkich; okazuje się, że dobre powietrze dość trudno sobie kupić.
  • a każdy chce konsumować i żyć tak Godnie, jak Ty, do czego trzeba licznych kilowatogodzin. (it’s globalizacja, folks)
  • Indie, te zurbanizowane, przypominają jakieś podwarszawskie miasteczko, zbombardowane, częściowo odbudowane i znów zbombardowane, a potem umajone gdzieniegdzie krzykliwą folią reklamową. i nigdy mało kolorów, gradientów, fontów, cieni. musi być ślicznie. i jest. [9] a wśród tego piękna przechadzają się krowy, świnie i psy i pożerają, co tam z tego marketingu spadło. duże miasta różnią się od małych na ogół odległościami, na jakie to wszechmiasteczko się rozpełza.
  • dopiero przy wielu, wielu milionach następuje jakieś przejście fazowe, wymuszone głównie potrzebami komunikacyjnymi i reprezentacyjnymi. (Delhi zbudowało sporą sieć metra głównie już po mojej pierwszej wycieczce.) [10]
  • obiecuję, że nie będę już narzekał, że Polska jest brzydka.
  • przynajmniej przez tydzień.
  • ale przecież są i perły; trochę prawdziwego, starego piękna, jakoś nierozszabrowanego w ciągu stuleci (w tym: przez Brytyjczyków zamieniających zabytki północy w koszary) [11] [12] [13].
  • ruch uliczny niebywały, intensywniejszy chyba niż kiedyś. zachwyca, jak w każdej sekundzie, bez przerwy, setki uczestników negocjują między sobą wektory prędkości, jednocześnie pisząc smsy (tak, na motocyklu, co się dziwisz) i slalomując między krowimi gównami, w zasadzie bezkolizyjnie. decyduje masa poruszającego się obiektu.
  • przy czym oficer policji przechodzący przez jezdnię stanowi ekwiwalent trzech ton.
  • a park maszynowy unowocześnia się; pojawiają się e-tuktuki (swoją drogą, słowo tuktuk nie funkcjonowało tu jeszcze siedem lat temu; turyści musieli przywlec z Azji Płd-Wsch) dopiero pod koniec trafiłem na stadko ambassadorów – gatunek zdecydowanie na wymarciu. [14]
  • i hałas, HAŁAS wszędzie. klaksony, muzyka, głośne rozmowy. hałas, smród, przyprawy, oni tu muszą mieć nieco przytępione zmysły.
  • bo przyprawy, jedzenie, za każdym razem to samo, kilka dni entuzjazmu zakończonych awersją na sam zapach. w poszukiwaniu kalorii dawno nie wchłonąłem tylu bananów i nie wypiłem tyle coca coli. po paru dniach przerwy można nieśmiało wrócić do tych wszystkich przearomatyzowanych i przetłuszczonych sosów i papek.
  • (wbrew mitom większość mieszkańców Indii jada mięso.)
  • nieuchronna naskórkowość kontaktu: turysta skazany jest na rozmowy z nagabywaczami, handlarzami, hotelarzami i sprzedawcami jedzenia. poza tym trafiają się schematyczne dość rozmowy z przypadkowymi współpasażerami szlifującymi angielski, a tylko z rzadka zdarza się wymiana ciut wnikliwsza.
  • gdy wtem zaczepia nas bikanerzanin po pięćdziesiątce, jedyny Gypsy in town, i oprowadza nas po swoim mieście i swoim życiu, przedstawiając nas swojemu mistrzowi, przyjaciołom i córce, a ta prezentuje nam szkołę, w której uczy. w zamian mamy przesłać mu zdjęcia, które z nim zrobiliśmy. bardzo miłe pół dnia. [15]
  • usłyszałem od niego, a czytam to również w nagłówkach indyjskich gazet (dziś i kiedyś), że Indie praktycznie dogoniły już Amerykę – technologicznie i militarnie.
  • jedynie demokrację muszą jeszcze dopracować…
  • w ogólności stykaliśmy się z życzliwością, sympatią, ciekawskością. nie czuć agresji wobec intruza – turysty. hello! how are you! which country! aaa, Poooland!
  • jakieś wnioski o mentalności Hindusów może sugerować telewizja, a szczególnie opery mydlane, programy rozrywkowe i reklamy, ale, po pierwsze, wnioskowanie o stanie umysłów odbiorców na podstawie samej tylko topornej gry i oczywistych slapstików, bez znajomości języka, jest nieco ryzykowne, a po drugie, czy na pewno można powiedzieć coś sensownego o Polakach na podstawie tvx gdzie x = p lub n. no może i można…
  • niezbędna uwaga: wszelkie generalizacje o Hindusach są równie mądre, co stwierdzenia w rodzaju “Polacy to katolicy i kochają rodzinę”. ale: są nieuniknione w takim opisie lo-res, wnioskowanym z niewielu w sumie przeżytych detali. podkreślam tylko, że to mój własny wywar, nic naukowo obiektywnego.
  • po czwartej wycieczce nie odważyłbym się powiedzieć, że znam i rozumiem Indie.
  • wciąż wzbudzam niebywałą sensację, zwłaszcza w mniejszych miastach, i bywam atrakcją większą niż kilkusetletni zabytek: pojawiłem się pewnie w paruset kopiach na fejsbukowych selfiesach robionych po prośbie albo z nieśmiałego biodra (nigdy nie odmawiam, zawsze się uśmiecham). ale rozmów w trakcie przemieszczania się pociągami jest mniej. młodsi są online, z nosami w komórkach.
  • mimo onlajnowości to chyba nadal kultura kontynuacji, a nie zerwania. rodzina, kasta, to ma znaczenie. młodzi mówią wprost, że ufają starym, kiedy ci dobierają im małżonków (różnica pokoleń to nie różnica światów!). ale: w wielkich miastach jest coraz więcej pozakastowych love-marriages. a ci, którym życie się aranżuje, romansują. chyba raczej przed, niż na boku.
  • swoją drogą, jak śmieszny jest burzący się przeciw tym zwyczajom Europejczyk z tym swoim dziecinnym złudzeniem sprawczości (ja sam!). losowość daje większe poczucie kontroli nad losem.
  • właśnie, Europa; widziana stąd Polska to bogaty i komfortowy kraj, w istocie niemal Niemcy, z trzeciorzędnymi problemami, które chyba z nudów sam sobie narzuca (choroba autoimmunologiczna?). oczywiście nikt z niczym Polski nie kojarzy.
  • religia; z rozmów i obserwacji wynika, że ludzie serio kultywują rytuały, odwiedzają świątynie, składają ofiary [16], bogowie pojawiają się w serialach i na wygaszaczach komórek. obok hinduizmu intensywny islam. religia wpleciona jest w życie, traktuje się ją jak coś oczywistego, stąd dość swobodne zachowanie w świątyniach. mogę to tylko obserwować z zewnątrz, nie wiem, na ile wystarcza to ludziom do ogarniania nieuchronnie nowocześniejącej rzeczywistości i do zdobywania poczucia kontroli nad nią; zdaje mi się, że to nadal bardzo żywy i szczery nurt, nie tak pusto obrzędowy i narzędziowo polityczny, jak zazwyczaj w Polsce. ale czy to dobrze, to też nie wiem.
  • (oczywiście, ludzie zachodni mają swoje skróty, pozwalające ogarniać świat przy możliwie nie za dużym wysiłku, choćby pseudomedycynę, pseudoekologię, pseudokibicowanie…).
  • ale gdybym, ja, zachodniak, miał już szukać jakiejś świętej duchowości, to chyba po prostu zamknąłbym się w domu z właściwą książką, niż pakował się tu. mam nieodparte poczucie blagi, naciągactwa; jeśli bywają Hindusi ironiczni, to chyba są to bramini ssący kasę od Poszukujących.
  • jak dożyję, to wrócę.