Profesjonalnie i dyskretnie poklepuję manekiny damskie w sklepach bieliźniarskich ale mogę się powstrzymać. Czekam na poważne oferty.

Odkąd pozbyliśmy się wszystkich Wariatów, w naszym Mieście żyją wyłącznie Psychiatrzy. Dr Bojendas prowadzi sklepik spożywczy, dr Parzygłowska ma modną kawiarnię, a prof. Unimętalski z sukcesami trenuje piłkarzy, wyłącznie studentów psychiatrii. Trzymamy jeszcze Psychologów, ale na wszelki wypadek w osobnej dzielnicy, ściśle oznakowanych testami Rorschacha. Cudzoziemcy mogą u nas mieszkać, ale wszystkich obowiązkowo dokarmiamy potrójnymi dawkami valium. W domu Wariatów urządziliśmy muzeum, ku Przestrodze.

Dobrze się żyje w naszym Mieście. Niestety, są wśród nas tacy, którzy wciąż odczuwają potrzebę uprawiania zawodu. Gumowe psychodolls diagnozowane w domowych zaciszach czy rozrywkowe symulacje Wariatów, które tolerowaliśmy mimo ewidentnego braku powagi, zdają się niektórym nie wystarczać. Nieodpowiedzialność tych osobników, po kryjomu badających własnych Kolegów, a w czasie nocnych orgii przebierających się nawet w kaftany, prowadzi do niepotrzebnych zaburzeń i grozi stabilności świętej Normy.

W związku z tym informujemy, że z dniem dzisiejszym zabronione są białe kitle, a kaftany, młoteczki i bloczki receptowe należy zdać w odpowiednio oznakowanych punktach dzielnicowych. Osoby nieprzestrzegające tego rozporządzenia zostaną osadzone w Domu Psychiatry na czas niezbędny do resocjalizacji.

(-) Omam.

kiedy przyjdą zająć twój mózg,
mózg, w którym mieszkasz, polski,
kiedy rzucą ci w oczy bluzg,
kiedy runą memowym trollskiem
i na wallu staną, i nocą
coś nieskładnie o żarciu bełkocą –
ty, ze snu podnosząc skroń,
włącz wifi.
lubisz to!
rozchmurz brwi!

są w mózgowiu rachunki krzywd,
miły lajk je szybko odkupi,
nowych treści nie odmówi nikt:
wysączymy z ajpada i z dupy.
cóż, że nieraz smakował gorzko
na twym blogu bez komcia post?
ty ten kciuk podniesiony nad mózgiem –
kochasz wprost!

warszawski spleen  chemtrailsy wiszą nad miastem, łuna lśni, spać nie mogę  naciągam głębiej maskę, dyszę, krztuszę się w sobie  powietrze pełne atomów, włókno osiada na twarzach  ptak smętnie spada z gałęzi, zagląda w pióra zagłada.  poranek mutuje w południe, bezwładnie zwisają kończyny czasem zatrzeszczy geiger w zaduchu zgorzeliny a słońce wysoko, wysoko - świeci pilotom w oczy  spryskują niestrudzenie zimne zatrute przestrzenie   czekam na wiatr, co rozgoni  groźny etylu dwubromek staniesz wtedy jak głaz  z tą prawdą twarzą w twarz

*) chemtrails, jak ktoś nie zna, to na wiki
a jak kto lubi pośpiewać z Maanamem, to.

na początku był Tuwim.

dzisiaj wielki Bal pod Tęczą.
sam potężny Korporator
dał łaskawy promo-pakiet,
wszelkie dziwki w rurkach jęczą
i błyszczykiem debet dręczą.
wszędzie stendy z konterfektem
dobrodzieja
w typie beja
najwspanialsza heca w dziejach!
skaczą brandmenadżerowie
brandpartnerzy i brandyci
cały plac obrandzlowany
i fanfary!
i kabaret!

czytaj dalej… »

słownik idiomów polskich - puścić orła, coś niefortunnego uczynić z tem ptakiem, Pan Piotr objedzon czekoladą niósł godło i rynsztoka nie zoczywszy, potknął się i puścił orła.

„A jeśli”, pomyślał komisarz Kontrabaszczyński, wodząc wzrokiem za śmiesznym robaczkiem maszerujacym po słonecznych plackach na białym parapecie, „a jeśli to wszystko zdarzyło się tylko po to? Wielki wybuch, uformowanie cząstek, prawa fizyki, galaktyki, Słońce, Ziemia, cała ewolucja, powstanie człowieka, kultura, wojny, moi rodzice, moje wychowanie, moje szkoły, moja gówniana praca, moje zmęczenie, żebym, ja, Kontrabaszczyński, stał tu, znudzony idiotycznym przesłuchaniem i gapił się na chrabąszcza? Może to jest ta puenta całości, po to to wszystko?” Dmuchnął, ale owad odbił się od rantu i wrócił grzać się w słońcu.

Komisarz niechętnie odwrócił się, zerknął na podejrzanego, jak on się nazywa, coś jakoś -ak, ten odpowiedział pustym spojrzeniem. Gdzieś tam w jakimś garażu czy szopie, a może luzem na polu, w Opaczy, Raszynie, albo Dawidach, działa jakieś coś, co robi nic. W efekcie na południe od Warszawy znika coraz więcej wszystkiego – pieniędzy, ziemniaków, śmieci, dzieci, chleba i kamieni. Nieregularnie, ale coraz szybciej. Niedługo znikną Janki, potem cała Warszawa, ale to nie będzie koniec, w tydzień może nie być Ziemi, a potem już nie ma znaczenia, nie będzie czym odmierzać tygodni. I on, ten kostropaty rolnik spod Raszyna, może przecież coś wiedzieć. Co zrobił? Prawie nic – ktoś kiedyś widział, że włączył roztrząsacz obornika w odwrotnym ciągu, wciągnęło wronę, teraz mu się przypomniało, doniósł. Oczywiście kompletna bzdura, ale poszukiwania są zakrojone na szeroką skalę, w sąsiednich pokojach odpytują innych zafajdanych, jabolowych nihilistów. „Ostro, kurwa, ich, kurwa, brać, nie odpuszczać, kurwa” – starannie akcentując wszystkie przecinki zalecił inspektor de Ostoja Łoś. Bo strach jest, globalne zagrożenie, czy spytać sojusznika, a może nie, bo kto by chciał się tak ośmieszyć, coś znika, gdzieś znika, to może poszukajcie, kto szuka ten yes sir.

Myśl o pustce spojrzenia -aka, niezwykłej nawet jak na ten typ, odbijała się w głowie Kontrabaszczyńskiego jak piłeczka, ale postanowił wybić ją na aut. „No i jak?”, spytał, tamten tylko wzruszył ramionami. Komisarz westchnął. Nie chciało mu się dziś ratować świata. Odwrócił się do okna, chrabąszczyk dalej krążył po parapecie. Pochylił się nad nim, było w nim coś dziwnego, tak nie wyglądają zwykłe owady.

Pstryknął.

Robaczek trafił między kraty i wyleciał na ulicę.

Po komisarzu został tylko zapach przepalonego tytoniu i błysk w pustce oka, mały jak piłeczka na dalekim aucie.

Wstępne badania wskazywały, że być może faktycznie Polska spadła na Ziemię masłem do dołu.

Szybko pojawiły się szacunki kiloton śmietankowego kruszcu czekającego na wydobycie i stuleci, na jakie starczy złóż. Niektórzy snuli wizje jeszcze głębiej ukrytych pokładów szynki i sera, inni wyobrażali sobie konfitury i już szykowali się do wyścigu po koncesje. „Pan Bóg w swej nieskończonej dobroci odkroił szczodrą pajdę pachnącego, zakwaśnego, słowiańskiego chleba, suto ją omaścił i rzucił szerokim gestem, cóż, gdy Szatan, ten niedorobiony mgr fizyki, odwrócił ją w locie” – mówili niektórzy. Inni pytali, czy Pan Bóg na pewno kroił chleb w kształt granic z 1951 roku, ale i tych chłodnych racjonalistów porywał powszechny entuzjazm. Tylko najwięksi defetyści nieśmiało oponowali, że może to margaryna, ale zakrzyczano ich, że pewnie zaprzedali się wiadomo komu za 40 baniek judaszowego szmalcu. Sejm z Senatem uchwalili: całe wydobyte masło należy do Narodu. W odpowiedzi Naród wyszedł na miasto sugerując, że chciałby coś tym masłem posmarować, niekoniecznie metaforami obrosłą glebę ojczystą. „Niech smarują cia… ała!” – nie dokończył wysoki przedstawiciel Władz, właściwie już nieco niższy.

Kiedy więc w tej radosnej atmosferze wykonano systematyczne odwierty, a te nie dostarczyły żadnego masła, rozczarowanie było ogromne. Co prawda szybko znaleziono i ukarano winnych (defetystów, sąsiadów, krowy), ale w sumie sytuacja była niezręczna. Szczęściem, nawet wyimaginowane masło źle działa na pamięć: sprawa szybko ucichła. Tym bardziej, że astronomowie odkryli ogromny, blado połyskujący obiekt o dość regularnym kształcie, szybko zbliżający się do Ziemi. Spekulacjom nie było końca.

pani od hedonizmu  nie mogę sobie przypomnieć jej twarzy  stawała wysoko nade mną na długich rozstawionych nogach stawiała mi pałę  w drugim roku zajęć zwolniła panią od hedonizmu pani od męki

nadgryza właściwe części odpowiednich ssaków, bo ich właściwości gwarantują życie doczesne, ich odpowiedniość – życie wieczne. nadgryza, odrywa, żuje i przełyka. trawi, sra. z pozostałymi ssakami buduje relacje za pomocą innych czasowników: tresować, konkurować, milczeć. albo ssać. użycie błędnego czasownika do niewłaściwej części nieodpowiedniego ssaka grozi wieloma rzeczownikami, przymiotnikami, a w konsekwencji także czasownikami. wszelkie zabawy są niepożądane, anagramy grożą gangreną. na szczęście sam z siebie wybiera wobec ssaków te czynności, co należy. wszystko jest właściwie ustalone, ale co, jeśli w znanym układzie pojawia się niewiadoma? na przykład parzystopięć. jakiego czasownika wymaga? te indagująco-egzaminujące nużą, pasywno-dystansujące nie sycą. po namyśle wybiera klasyczną elegancję rozwiązań definitywnych. potem nadgryza. odrywa. żuje.

Lud się budzi, lud jest zły Lud ma bardzo ostre twee ty Kto spotyka w sieci luda Temu z buzi zrobią Sudan

Mój piękny panie, raz zobaczony w „Wall Street Journalu”
Piszę do pana otwarty post
Już mi lustrzanka z tym pana logiem trochę nie halo
Pora mi z innym dziś związać los
Mój piękny panie, nie chcę go pstrykać, prawda to czysta
Pan mą migawką grał w każdym śnie
Ale dziewczyna przez sieć nie może iść bez gratisa
Życie jest życiem – pan przecież wie

Już mi niosą torbę z *anonem
CD-ROMy czekają z muzyką
Komć do komcia od Bloksa po Onet
„Zuckerbergiem” stukają z czytnika

Jeszcze bonem sypną na szczęście
Chór ekantów fałszywie zaśpiewa
Złotą kartę mi wcisną do ręki
I powiozą mnie blogiem do nieba [razy trzy]

Mój piękny panie, od twych obietnic nie mogłam zasnąć
Więc ta faktura jest jak zły sen
I tak już eksem staję się trochę jakby znienacka
Ktoś mi okular zasłonił mgłą

odkąd Królewicz przejął naszą Baśń i wprowadził program restrukturyzacyjny, na etacie ostali się już tylko Gburek i Śpioszek z działu powstrzymania wzrostu, no i Apsik, którego trudno odprawić, bo siedzi ciągle na L4. Mędrek ma działalność, Wesołek z marketingu tworzy dzieła z powiększonymi kosztami uzysku, a Gapcia z kolsenter wypchnięto w ofszoring, więc teraz rzecze jakoś tak z radżastańska. Nieśmiałka wyautsorsowano i działa jako usługa w systemie trójzmianowym, do czego trzeba trzech krasnoludków i dwóch na zapas, i ja jestem ten drugi w zapasie, czyli jedenasty w sumie.

a będzie nas więcej, albo mniej, zależy, jak spoglądać, bo podobno przyjdzie się nam złączyć z Sierotką Marysią, wszak nieefektywnie jest utrzymywać dwie baśnie o podobnym profilu i załodze. tak nam tłumaczy Królewicz i mówi, że będzie uważnie się przyglądał kosztom, a lubi, kiedy są tak nikczemne, jako i my. i będzie większa konkurencja o miejsca i będzie decydować kompetencja i będą konkursy kto jest najchwatszym krasnoludkiem i będzie wyśmienicie.

Królewicza to pamiętam jeszcze, jak nosił białe getrzyska, już wtedy mówili, że będzie kimś, bo w końcu to syn Króla, tego Króla. i teraz dynamiczny z niego wielmoża, ma piękną karocę z ośmioma cylindrami, tylko nikt nie rozumie, po co on wozi te cylindry w karocy.

Myśliwy siedzi na recepcji i notuje nazwiska wchodzących, czasem tylko, tak dla psoty, wyjmie nabłyśniony pistolet i kropnie komuś zajączkiem. Macochy już nie mamy, Królewicz mówił, że podnieść trza optymalizację efektywności w kwestii czynienia źle i zredukował ją tuż przed okresem ochronnym, kiedy nie można strzelać. za to Śnieżka ma wszystko w nosie, albo śpi (powiadają, że nie całkiem na zmianę ze Śpioszkiem), albo leży pod kloszem w solarium, ale może to taka melancholia ku melanomie, bo i tak przyjdzie Sierotka, a ona liże długo i szczęśliwie, tak mówi Śnieżka i coś mi się zdaje, że czeka ją awans poziomy na wakat po Macosze.

mł. introspektor Jażembuk bardzo lubił ten dzień. w końcu odpoczywał od wulgarnie behawioralnych interesantów i zajmował się tym, co nadawało sens jego życiu. przechadzał się wśród biurek medytujących urzędników: jedni powtarzali mantry, inni godzinami skupiali się na wskaźniku myszki, jeszcze inni z zamkniętymi oczami głęboko oddychali; w ten dzień żaden nie układał pasjansa. pomagał tym, którzy nie mogli znaleźć spokoju wewnętrznego, wyświetlał przygotowywane w pozostałe dni przeźrocza obrazujące ścieżki samorozwoju. czuł, że jego robota jest ważna: był mostem, przez który umęczeni ludzie mogli przebrnąć trudną drogę między weekendami, przystanią, w której łapali oddech oczekując głębszych medytacji w piątkowy wieczór. „nasz mały piątek” – nazywali go czule, a on rósł w środku i marzył, że kiedyś na jego ID pojawią się te cudnie zawijające się literki st. i będzie miał prawo indywidualnie konsultować zawiłą samoświadomość naczelnik Pośladzkiej.

środa dzień pracy wewnętrznej

a jeśli dom będę miał,
to będzie strzeżony koniecznie,
z kominkiem i ganeczkiem.
wieczorem w szklaneczce lód gra,
a twarze z ekranu gwarzą,
śmieszne są bardzo miny tych twarzy,
oj tak, oj tak, oj tak.
grill już skwierczy i komar w nim płonie,
więc puszczam oko żonie,
dobrą fajtę (sic) pani dam,¹
dobrą fajtę (sic) pani dam.²

szukam, szukania mi trzeba,
domu z garażem na furę,
a mury nade mną jak credo,
a kredyt nade mną jak mury.

__

¹ dobrą fajtę (sic) pani dawałem, ale nie wiedziała, co to
² potem dawałem dobry szaszłyk, ale powiedziała, że się nie rymuje z modżajtą