był stąd, ale go nie znałem. prawie co wieczór grał w swoim mieszkaniu na trąbce, dźwięk odbijał się o mury podwórza, nie umiałem wskazać źródła, ale to musiało być niedaleko. starał się, słyszałem, jak w pocie czoła celował w odpowiednie częstotliwości, ciągle śliskie i nieuchwytne. repertuar miał niewielki – coś jakby Odę do radości, chyba Sinatry Strangers in the Night, znane też jako Tupot białych mew i jeszcze coś, co w ogóle nie brzmiało jak cokolwiek, bo chyba było za trudne. szybko przywiązałem się do tych koślawych dźwięków, pierwszy przynosił uśmiech, przy kolejnych – dopingowałem, na każdym zakręcie utworu – drżałem, potknięcia – przeżywałem, cieszyłem się, kiedy dwie kolejne nuty wyszły czysto. rzadko wychodziły.

innych też zauroczył. kiedy zaczynał grać, tramwaje za rogiem przystawały na baczność, ciężarne czym prędzej rodziły, kisiel tężał, robotnicy wychodzili z fabryk, kominiarze z kominów, niebo się otwierało i wypadali anieli i łamali karki wystającym kominiarzom. oczywiście, że trochę przesadzam.

nie trwało to długo: zainteresował organa i aresztowali go już po roku. patrol muzycji skuł go w dybyzator i wyprowadził z drugiej klatki. pękaty facet krył instrument w zbyt obszernych paluchach, dopiero wtedy połączyłem człowieka – z trąbką. mówili, że złamał prawo: Beethovena mogli darować, ale nie Sinatrę. postawili zarzuty: że przyczynia się do roztaczania klimatycznej aury – na szczęście, nie kultowej, to gorszy paragraf – a więc wydatnie wpływa na wartość nieruchomości, wpływając osiąga korzyści materialne (zarabiał na życie malując mieszkania przybywających w te okolice), a korzyściami nie dzieli się z potomkami wciąż świeżego kopirajtowego trupa.

wypuścili go dwa lata później. prokurator nie potrafił udowodnić tego Sinatry: żadne trzy kolejne nuty nie zgadzały się ze wzorcem. uwolniony, wrócił tu, schudł, posiwiał i już nie grał, potem zniknął, chyba się wyprowadził. za to prokurator podobno kupił trąbkę i gra w jakimś przejściu podziemnym, głównie Rotę.

kiedy byłeś bardzo mały, rodzice zapisali cię do klubu filatelistów. chcieli dla ciebie dobrze, a zresztą wszystkie dzieci zbierały wtedy znaczki i taka to była bez większej refleksji konforma. to było tak dawno; i od tak dawna ich nie zbierasz, pogubiłeś klasery, nie płacisz składek. z głowy ci się odkleiło i wypadło, aż trudno ci uwierzyć, że ktoś nadal je gromadzi albo gdzieś nalepia, że nadal kursują w ważnych sprawach, w, jak sądzisz, bezwiednych rytuałach, co jednoczyć miały ludzi. a przecież — gdy przypadkiem trafiłeś pod tamten sklep, źródło twych periodycznych ówczesnych radości, gdzie odbierałeś pakieciki z walorami — zdziwiłeś się, otóż dalej działa i prosperuje.

mówią ci — wypisz się, co im masz wisieć w rejestrze. przynajmniej nikt ci na grobie nie wykuje „zasłużony filatelista”, co śmieszne — mówią. ty odpowiadasz, że tę akurat sprawę masz w jednym z cielesnych otworów, którymi hojnie obdarzyła cię natura. a może to wcale nie obojętność i nie lenistwo przyciężkiego dupska, przyznaj się. może boisz się i ubezpieczasz. bo co, jeśli mimo zaniku papierowej korespondencji wciąż krzepki filatelizm będzie afunkcjonalnie olbrzymiał i pod pocztowym monopolem produkował coraz obfitsze i potworniej efektowne bloki i całostki, a ich płatami przykrywał kraj cały, rządzony sprawiedliwym stemplem Listonosza Wielkiego? wtedy w ząbek urwana kancera cywilna, wiesz o tym.

lęk i wątpliwość zostawiamy tobie. obojętność zastrzeżona jest nam. stawiamy przy tobie znaczek z datownikiem ostatniego dnia obiegu.

Pan Embrion był chory i leżał w bulionku, i przyszedł Minister: Jak się masz, Embrionku! Źle bardzo... trofoblast wyciągnął do niego. Minister poklepał Embrionka chorego: Mitozę masz, płodku, doprawdy fatalną, I geny wskazują ekspresję letalną. I dziwy mu śpiewa: twój ojciec i macierz Stworzyli cię scjencją - a dość byłby pacierz: I skutkiem genotyp zwinięty w kołtonek. A umrzeć nie można? zapytał Embrionek. Broń Boże! zapomnij, niemądry zarodku, Oj długo, ty, długo, poleżysz w azotku.  Tak samo się z wami, dziateczki, stać może: Od Pana Ministra uchowaj was, Boże!

– wstydu nie macie? – nie, jutro może będzie dostawa.
takich rozmów prowadzi się w kraju zbyt wiele. konsumenci pragną się najeść wstydu, lecz bez skutku szukają go dla siebie i swoich rodzin. kwitnie czarny rynek, tuzy nielegalnej zmazy tuczą się w swych paskarskich melinach, które często płoną z opuchłego nadmiaru wstydu. czy tak być musi? odpowiedź jest tylko jedna: nie!

jeszcze dziś kup swój personalny żener, zwany też małerem. dzięki niemu poczujesz się mały i żałosny, on pozwoli Ci cieszyć się swoim wstydem gdzie zechcesz i kiedy zechcesz: w zaciszu domowym, toalecie, a nawet w miejscach publicznych. podziel się tą radością ze swoimi bliskimi i przyjaciółmi.

żener możesz mieć zawsze w kieszeni. jedno kliknięcie – i starannie wymodelowana przez naszych ekspertów fala theta płynie z urządzenia prosto do Twojego mózgu wywołując nagłą falę wstydu. Twoje policzki się czerwienią, oddech przyspiesza, a Ty przed oczami masz kalejdoskop swoich najbardziej żałosnych i obciachowych zachowań (w wersji premium: także z dźwiękiem stereofonicznym). szybko przewijasz, klikasz – i wściekły szpikulec rozkosznie kłuje Cię w żołądek.

bądź mobilny, bądź niezależny, bądź żenująco nowoczesny!

pan Tomasz L. z Tomaszowa L. dzięki żenerowi uświadomił sobie, że wstyd nie umiera wraz ze świadkami żenady – dzięki naszemu produktowi może wstydzić się przyłapania na masturbacji nawet do dwudziestu lat po śmierci rodziców! co więcej, wersje junior już teraz zapewniają te doznania jego dzieciom.

nie pozwól, by rząd odebrał Ci prawo do zdrowej konfuzji. kup żener – dostępny także z kompletem kolorowych wkładów konsternujących. jego cena jest doprawdy żenująco niska.

nie kupiłeś – wstydź się, jeśli potrafisz! prawdziwy wstyd poczujesz, kiedy kupisz.

gdy mię w spleenie
trzymie – skiniesz
i nie zginę.

świnie czynię,
ślinię kpinę —
ty nie spłyniesz.

w winie, w dymie,
w streamie – minę.
ty nie miniesz.

Polacy przestali jeść i stają się coraz chudsi. To masowe zjawisko deficytu niepokoi zwłaszcza relatywistów i masarzy. Importerzy żywności przebrali się za eksporterów, ale w magazynach zaczyna już brakować soli metali ciężkich do polonizowania sprowadzonych nadwyżek.

Opozycja oskarża rząd o drożyznę spowodowaną knajacką nikczemnością i zapowiada głodówkę. Rząd nie wydaje nawet odgłosów trawiennych, ale minister Kanister daje znaki, że sprawa leży mu na wątrobie.

Poseł z partii rządzącej pragnący zachować anonimowość: – Jestem zbudowany postawą narodu. Kiedy chciałem poczęstować przygodnego Polaka bananem, ten odmówił z tak niezwykłym natężeniem godności, że groziło to… – nie kończy niecodziennym porównaniem poseł i stapia się z tłem ciemnej boazerii w korytarzu sejmowym.

Natomiast znana technolog żywienia zbiorowego, Dagma les Gres, jest załamana. – Zaproponowałam rodakom brygantynki z brukwi obryzgane breją z brukselek w sosie bretońskim podane na plastrze bryzolu. Tymczasem zgniły i zamiast godziwie zarobić, musiałam je rozdać uchodźcom.

A przecież zbliżają się Mistrzostwa i kibice będą potrzebowali energii, by dopingować naszym importowanym brojlerom. Pytanie, czy dożyją do meczu otwarcia?

St. sierż. sztab. Swaróg Kartacz-Wybuchowicz, odpowiedzialny za bezpieczeństwo imprezy, uspokaja: – Przecież niemal każdy rodzaj pożywienia może być niebezpieczną bronią, nie tylko świeży owoc, ale nawet tak niewinnie wyglądający brokuł. Pan wie, jak rażą odłamki brokuła? A pełne brzuchy grożą niebezpiecznymi mini-eksplozjami, od których popękają inwestycje – dodaje.

Psycholog społeczny prof. Majonez Kielecki stawia zdecydowaną diagnozę: – Przyczyny nie są znane. Może to zbiorowa nerwica o podłożu tantalicznym? Na pewno będziemy to badać, dostaliśmy już grant z Unii. Ale stawiam, że z głodu umrze nie więcej niż dziesięć procent populacji. To przejściowa moda, o której za parę lat nikt nie będzie pamiętał.

Zjawisko może mieć jednak poważniejsze skutki. Jak zaznacza inż. Skałosz Pumeks odpowiedzialny w ministerstwie infrastruktury za kierowanie ruchem płyt tektonicznych: – Do tej pory w kosmos poszło jakieś sto tysięcy ton, jeśli stracimy jeszcze trochę, to nacisk na skorupę ziemską stanie się zbyt mały i Polska się wypuczy. To oznacza gwałtowne ochłodzenie klimatu i rozwój przemysłu białego szaleństwa na wszystkich rubieżach. A góralska muzyka na granicy z obwodem kaliningradzkim grozi nieobliczalnymi konsekwencjami.

Stereotypowo stereoskopowa stenotypistka Stenia sterana steflonowała steki Stefanowi, stelażyście sterującemu Stegnami. „Steki?! Stearyna!” – sterroryzowawszy stertę steków Stefan stentorem stekścił Stenię. „Stegozaur!” – sterkotała Stenia.  Steki stemplem Stefana. Stenia stentegowała stepującego stewarda Steryda, stegiennego stetsona. Steryd stezauryzował sterlingi Stefana.  Stemperowany Stefan Stendbajmi, Steńka… stelefaksował. Sterczał, stelepany. Sterylniejący, stefałenowiony – stetryczał. Sterżał, stejał, stechł.

palca środkowego lewej ręki wewnętrzną skórkę lubię najbardziej obgryzać, lubię, jak potem krwawi i boli ten palec, i taki ten palec lubię dyskretnie pokazywać okolicznym osobom, licząc na współczucie, mając przy tym prawą rękę wolną do innych wobec nich działań, na przykład żeby pogłaskać. i umieram, z każdą minutą straconą i z każdą skórką obgryzioną, psuję się, jak ryba, od zębów, od głowy, chociaż takie mrożone tilapie filety nie mają głów, rodzą się acefalami i nigdy się nie psują, od razu zamarzają i maszerują sztywnymi trójkami do torebek z polietylenu. chyba mógłbym być tilapią, ale tymczasem mam głowę, twarz, ona się starzeje, marszczy i porasta skórą, co prawda nad nią wciąż infantylizują sterczące kołtuny, Keith Richards byłem tu, ale to tylko martwa tkanka, wytwór naskórka do wzmocnienia przetłuszczającej się samooceny. a czy połykając skórki uprawiam samojedztwo?

może odradzam się, uroboros, aż się po drodze wytracę i zużyję? bez obaw, masz lifetime warranty, ale pamiętaj, roczne rozliczenie na wieczne zbawienie, nim odwalisz kitę, pokaż księdzu PITę. a następnie proszę zachować deklarację aż do sądu ostatecznego, zabierasz do grobu dostępnego za zaliczeniem zero koma trzy, wtedy wiadomo, kremacja odpada, grabarz zaciera zmarzłe dłonie, na dłoniach zrogowaciałe skórki, które wieczorami przed telewizorem obgryza mu Bestia.

ale kiedy ja umieram cywilnie, na raty bez dodatkowych opłat, na szwach przetarty worek wesoło ożywionej materii podskakujący pod plandeką nieba. nie mam się czym denerwować, więc czemu. a może byśmy tak, najmilszy, wpadli na dzień do Garwolina? a ja ci nic nie odpowiadam i kciuka skórkę cierpką wcinam.

jedenastozgłoskowiec elo pig  o czymże dumasz, ty warszaski tłuku, wracając rano? w uszach pełno huku, zmącona głowa i myśli spalone, zbyt późnych wnuczek łona wygolone.  twój mózg zmartwiały, ubogi i ciasny, jeszcze kojarzy jakąś Magdę Masny. inwencja w zwojach, czujesz, że to lipa, kreacji buce ciągle mówią ci „pa”.  o, ty byś chętnie nadwerężył główki: aż mem twój zbłądzi pod blachodachówki, by mid-menażer (kręci grubsze lody) z premią w kieszeni za z lodów odchody i asystentka, co się piąć lubiła, aż przy awansie ethos pogubiła, gdy z żądz impetem wkroczą w głąb galeryj, nie wyczyniali free-wolnych breweryj, lecz w ręce brali takie tylko frukta,  co im podsunie twój zmyślny instruktaż.  to wszak marzenia. i zazdrościsz sławie tych bohaterów, co przy z pianką kawie snują swe gędźby, że nie dla debili (albo debilów, wszystko ci się myli), że takie rzeczy. a ty złą poezję wyciskasz swoją niczym Rhodes Rodezję. twa krew na kredyt - dzisiejsze bankruty - bez serc, bez ducha, apostoł poruty.

młodość mdłość dość

pani Irenka ma 87 lat, siwe loczki pod beretem i problemy z chodzeniem. często siedzi w holu kamienicy mieszczącej naszą firmę, dorabia do emerytury pomagając administracji. zagaduje przechodzących, wszyscy znają i lubią panią Irenkę. „afro, afro!” krzyczy zwykle za mną i głośno się śmieje, chociaż gdzie moim kołtunom do afro. czasem czekając na windę wymieniam z nią ogólne uwagi o pogodzie. dziś macha do mnie palcem: „chodź no pan tu, chodź”. trzyma mały kartonik. „patrz pan, jaka byłam piękna”. zdjęcie czarno-białe, w starym stylu, kobieta trzydziestoparoletnia. tej, która pokazuje, drży głos. próbuję coś bąknąć, że bardzo ładna, chociaż. „i tu jeszcze, patrz pan. noszę ostatnio, bo jakbym miała się przewrócić na ulicy, no” – to legitymacja związku łącznościowców, wystawiona w ’66, w niej zdjęcie inne, trochę późniejsze. „blond, żadne tam rudzielce brzydule, włosy miałam, o tak, do góry” pokazuje. głos się jej trochę łamie, słyszę jakieś tony ciche, a niepokojąco wysokie. „i jaka byłam piękna kiedyś, a teraz…” — czuję, że powinienem powiedzieć coś, co, co, w tym momencie ona wybucha śmiechem: „a teraz — jeszcze piękniejsza!”. tym śmiechem mnie uwalnia, mogę odejść. ona milknie, zwiesza głowę, wciąga głęboko powietrze. “miłego dnia, pani Irenko”, chowam się w windzie.

to jest symulacja 3d w czasie rzeczywistym, bierzemy pani genik, pana, o tak, i tu wkładamy, mieszamy. o-czy-wiś-cie. wszystko przechowujemy bezpiecznie. nie, nic nie mrozimy, to archaizm. tylko potencjalność potencjalności, oczywiście z kopiami zapasowymi. potem wszystko państwu wrzucę na chmurkę, sobie państwo ściągną i obejrzą spokojnie w domu. już patrzę w formularz.

oj, niestety, nie, piwnych oczu nie zrobimy, państwo oboje macie niebieskie, naszą podstawową i absolutną zasadą jest brać tylko z genów rodziców, nie dodawać, ani nie mutować. takie jest prawo, co na wejściu, to na wyjściu, że tak powiem.

tak, ja tutaj widzę, że pani ma pewną skłonność do… o, i pan też… trzaski ale na szczęście to recesywne geniki, zmienić nic nie możemy, ale, jak to mówią, nieważne, jakie geny, ważne, kto rekombinuje. a w opcji premium możemy odsiać do trzech takich złych dopasowań. a żeby wszystkie, no, to się rzadko zdarza, żeby więcej niż trzy, jest opcja platinium, ale to sporo więcej pieniążków, jeśli państwo… nie. rozumiem. nie ma problemu.

dobrze, to robimy trzy wersje. chłopiec, tak? mądry wybór! cha cha, to samo mówię przy dziewczynce. pierwszy… drugi, ups, proszę nie patrzeć, już dobrze… trzeci. bobas – słodziak! przekręcę trochę gałką, o, pięciolatek, tak będzie pewnie wyglądał. o, jaki przystojny młodzieniec. tu już dojrzały. przewidujemy wygląd zewnętrzny, ale też i typowe zachowania, możemy już aproksymować cechy psychiczne, a nawet preferencje, że tak powiem, seksualne – czy jego żona kogoś państwu nie przypomina? och, nie, wcale nie miałem pani na myśli… stateczny taki, wysoki, bardzo wykapany pan. teraz w otoczeniu ekstrapolowanych wnucząt. staruszek, a, nie, prezenter urywa po siedemdziesiątce.

a czy chłopca będzie kiedyś stać na opcję platinium? hm, wiecie państwo. to trudne. czy możemy coś zrobić … … … … myślotok urwany, szumy

widzicie, jak się uśmiecha? czy będzie szczęśliwy? tego nie gwarantujemy, ale ja myślę, że na pewno! jak to mówią, kto ma szczęście w genach, ten ma szczęście w miłości, i w ogóle.

no dobrze, to niech państwo się zastanowią. jak już państwo wybiorą, to wdrukujemy geniki w pani jajeczko. pakiet jest ważny trzy miesiące, więc nie ma pośpiechu. potem kasujemy wszystkie dane, bez śladu, tak.

co może być w tej przerwie? że w łapę brał? że jest tak zawadiacko głupi na dwa lata przed emeryturą? co sądzisz, Mieczysławie? raczej nie wprost, patrzyłem w wyciągi. sprawdzaliśmy genomy, nie widać, żeby grzebał. wszystko jedno. ciekawe, jak wyłączył myślotok. awaria w tym momencie? stary aparat. nie, że on. stara szkółka metodystyczna. medytacyjna. wiesz co, głodny już jestem. na razie zawiesimy go za uszkodzenie myślotoku. a bachor? czekaj, zerknę na genom… dobra, nie chce mi się, niech się rodzi.

Bożenie, pobożnej żniniance żwaw Breżniew nadużył leżanki. Użyźniacz łóż Breżniew, lubieżny pobieżnie, łże, że założył piżamkę.

ominąłbym miasteczko B, ale kolano zakwiliło cichutko: „zostańmy tu, proooszęęę, albo pożałujesz, złamasie”. pokuśtykałem zerkając za noclegiem i trafiłem na kwaterę „Narcyz”. „o, coś dla Mnie”, pomyślałem. drzwi otworzył czerstwy sześćdziesięciolatek z guzkiem wielkości kukułczego jaja na czole i bystro lustrującymi, niebieskimi oczkami. „z pościelą?” „mam śpiwór.” „pokój mam niegotowy.” „nie szkodzi.” „no, to z pościelą trzydzieści, jak panu odpowiada, to zapraszam”. żwawo skierował się w głąb, ja za nim, ale na schodach syknąłem, prawą nogą nie dało się wchodzić. „a wcześniej bolało?” – spytał, otwierając drzwi pokoju, a ja szybko przewinąłem w głowie „Sumatra, skuter, upadek, stopa lewa, pęknięcie, przeciążenie prawej, no i” uznawszy, że opowieść pełnymi zdaniami przekroczy potencjał percepcji gospodarza, mruknąłem coś i pozwoliłem mu mówić. „jaglanka! panie, ja-glan-ka. to najlepsze na stawy, jak bolą, albo chrupią. polskie złoto, jak to mówią nasi zielarze. trochę trzeba ugotować i działa jak nic.” „ale co, wcierać?” – spytałem głupio. „nie, no, panie, gdzie wcierać”, zaśmiał się, „jak by to miało tam w te kości i chrząstki, nie no. jeść, normalnie. bierze pan” – tu wziął w rękę szklankę ze stołu – „o tyle – gdzieś jedną trzecią i zalewa pan wodą, o tyle” – siadłem na łóżku, bo nie miałem już sił, on stał nade mną i mówił – „bo wiadomo, jaglanka bierze wodę jeden do dwóch, gryczana no i ten tego. najlepsza, mówię panu, Żydzi to jedzą i dlatego takie niby chude, ale żwawe, ha ha. i do tego, dla smaku, wie pan, daje pan, przykładowo, trochę wegety i cebulkę pokrojoną – ale nie zasmażać, bo to rakotwórcze! – i, o, można jeszcze trochę tych, no, skwarek, albo kiełbaski drobniutko skrojonej – i to pan gotuje. tylko nie na mleku! bo tam laktoza, a to też rakotwórcze!” – wytrzeszczył na mnie oczy, i nie wiem, czy to możliwe, ale guzek na jego czole wytrzeszczył się też – „bo komórki rakotwórcze się żywią laktozą, każdy ma jakieś takie komórki, ale jak pije mleko, to one od tego rosną. no i ja tak zimą jaglankę przez dwa miesiące, co drugi dzień, żeby odmiana była, i mówię panu, nic nie boli, o tu jedno” – przykucnął na lewe kolano, strzeliło – „ale poza tym nic, zupełnie. bo powiem panu, że tam” – wskazał głową telewizor – „to kłamią, oszukują, nic, te reklamy, te środki, te leki, co tam mówią, nic niewarte. tu tak ostatnio mówili w telewizji Trwam, że wszystko tam oszustwo, że oszukują dla kasy i tyle. i nawet jeden rabbi z Nowego Jorku się przyznał, że oszukują, widzi pan, jacy to oni. także, jaglanka, pan je jaglankę i będzie. a zaraz żona przyjdzie i panu tę pościel da.” – i wyszedł.

przyszła żona. żona? mogłaby być jego córką. lekko tatarskie rysy, czarne włosy związane z tyłu w krótki ogonek. prostą kreską zarysowana szczęka, figura drobna, ale bardzo zwarta, podkreślona przez troszkę zbyt krótką szyję, albo ciut zbyt szerokie ramiona. do tych czarnych włosów niebieskie oczy, co mnie tym bardziej, że może jednak córka. no, właściwie, piękna. „Mira Kubasińska” – wyrwało mi się. „słucham?” „pani jest bardzo podobna do Miry Kubasińskiej” „do kogo?” „Breakout, zespół, śpiewała tam”. po jej twarzy widziałem, że coś zadzwoniło, ale nie wiadomo czyja komórka. „nieważne” – wycofałem się, uśmiechając, ona też się uśmiechnęła, poprawiła opadający kosmyk. „to skąd pan przyszedł?” rozłożyłem mapę na kolanach i pokazałem: „z A.” pochyliła się nade mną. „ile czasu?” „osiem godzin, nienajlepiej, przez to kolano…” „no, siedem, to jest dobrze” – musnęła dłonią szlak na mapie, tuż obok mojej ręki. „to co, przynieść panu tej jaglanki?” – spytała patrząc mi w oczy. zmieszałem się – „nie no, wie pani, nie mogę się dwa miesiące kurować, jutro muszę dalej, tu mam taką Maść®, posmaruję się i” „aha, Maść®” – pokiwała głową w zamyśleniu. „tak. no, trochę głupi pan jednak jest” – spojrzała, a w tym spojrzeniu widziałem trochę kpiny, o tyle, z jedną trzecią, i trochę więcej politowania, i skierowała się do drzwi. próbowałem coś dodać, wyjaśnić, ale nie zdążyłem.

do snu ukołysała mnie litania przodków Bożego Ojczyma płynąca z głośników miejskiego kościoła. o świcie kolano mniej więcej działało. wyszedłem z „Narcyza”, nie budząc gospodarzy.

odkąd Smok dał do zrozumienia, że mniej interesuje go stan hymenów dostarczanych mu dziewcząt, a bardziej — masa mięśniowa, w naszej sekcji kulomiotek zapanował popłoch. „nie to, że się do tej pory nie bałam” — zapewniła Jedna — „ale same rozumiecie”. pozostałe rozumiały, że trzeba coś wymyślić, bo na liście płac tej historii zabrakło Rycerza.

pierwszy fortel — z koleżanką z sekcji gimnastyki artystycznej — porwaną, ogłuszoną — nie, nie kulą, młotkiem — i obłożoną płatami mięsa — nie był sukcesem. następnego dnia znaleziono ją, przegryzioną na pół i wyplutą, spoczywającą w nadal wyczuwalnej mgiełce obrzydzenia. Smok nie przepadał za wieprzowiną.

dalszych pomysłów nie było, więc Druga wpadła w histeryczną anoreksję. Trzecia dla niepoznaki stworzyła jednoosobową sekcję ping-ponga, ale Smok nie był głupi i zjadł sekcję. Czwartą zjadł Smok, Piąta wybrała emigrację we wrogim mocarstwie, Szóstą zjadł Smok, Siódma dogadała się ze Smokiem i przyprowadziła mu Ósmą, Dziewiąta wymalowała transparent, który też Smokowi smakował, Dziesiąta poszła studiować filozofię. w ten sposób sekcja kulomiotek w naszym klubie została rozwiązana.

pozostała tylko Jedna. ukryta w piwnicznej, wilgotnej izbie, ćwiczyła pchnięcia i kultywowała tkankę. czekała cierpliwie, aż się zestarzała, a Smok z nią. zwiędła, jej mięśnie straciły walory, on stracił zęby. kiedy w końcu zdechł, spaliliśmy ją na stosie, jak zwykłą czarownicę, którą przecież była, bo w jaki inny sposób przeżyłaby Smoka.