rysunek zainspirowany panem Mattiasem ze Szwecji, którego podziwiam i polecam podziwiać.

czy wyraża pan zgodę na bycie robionym w wała? nie. te wszystkie dodatkowe opcje. nie potrzebuję ich. może pan w zamian wybrać, że zrobimy panu kupę na głowę. nie wierzę wam. i tak mnie oszukacie.












z powrotem zajechaliśmy do Kuala Lumpur, wprost na hinduistyczny festiwal Thaipusam, słynący z tłumów wiernych, dziurawiących swe ciała na cześć Murugana, syna Sziwy i Parwati. pielgrzymi niosą bańki z mlekiem (na głowach) albo konstrukcje z przedstawieniami bogów (na ramionach), poprzekłuwani w różnych efektownych miejscach, wprowadzeni w trans za pomocą dzikiego rytmu bębnów oraz, być może, jakichś substancji. żar z nieba i dym kadzideł również pomagają. ale, wbrew oczekiwaniom, nie jest krwawo: trans (a może co innego?) skutecznie tamuje wycieki.

uroczystość bogata jest w uniwersalną symbolikę

mężczyźni błyskają białkami

śmieją się pod rozlanym mlekiem

i dzwonią dzwoneczkami

pątnicy mają moc błogosławienia

przybyli także: Michael Jackson z okresu Bad

święty Mikołaj

oraz pan premier w silnej eskorcie

pielgrzymi nikną jednak w tłumie widzów. obecne są liczne uśmiechnięte kobiety

uśmiechnięci mężczyźni

oraz dzieci o nieokreślonym wyrazie twarzy

dzień później: wielu wróciło na bosaka

trasa z Danau Toba do Bukit Lawang: autobusem do Medanu, tam opeletem (taka furgonetka) na drugi koniec miasta, stamtąd kolejny autobus. w autobusach do gardła podchodzi, oprócz zwyczajowego serca (widzę manewry nasze i innych) także żołądek (większość pasażerów delektuje się tytoniem). przed ostatnim etapem porcja mee goreng doprawiona spalinami — autobus czekający na pasażerów przez GODZINĘ stał na włączonym silniku pierdząc ku radości pasażerów, kucharzy i przechodniów.

[mętne dywagacje dyletanta]

i tak sobie myślę, że taki uśredniony człowiek Wschodu ma niewyrośniętą zbytnio świadomość istnienia bliźniego. jest mniej skrępowany prawami innych i ma szerszą swobodę działania, przy czym musi brać pod uwagę, że dotyczy to wszystkich (i potencjalnie każdy może próbować mu wejść na głowę). czy wynika to z alienacji (ja to świat), czy, przeciwnie, z integracji (świat to ja), tego nie wiem. wyczuwam, że człowiek Wschodu jest ograniczony raczej interesami innych, niż gorsetem zintegrowanego nieczyńdrugiemucotobieniemilizmu, który (nieco bardziej) pęta człowieka Zachodu. bo ów jeździ z grubsza zgodnie z namalowanymi znakami poziomymi, samochodem spełniającym jakieś tam normy, nie musi co jakiś czas opłacać całkowicie arbitralnego widzimisia policji, a (zwykle też) jeśli podróżuje z niepalącymi, to sam nie pali. człowiek Wschodu działa elastycznie, byle do przodu; człowiek Zachodu (lubi myśleć, że) lubi przestrzegać reguł współżycia.

pytanie, kto tak naprawdę ma — subiektywnie — więcej wolności? zachodni liberalizm nie może istnieć bez samoograniczenia. Wschód lubi brak ograniczeń, który czasem kończy się despotyzmem — ale Zachód żyje w stałym despotyzmie własnego sumienia. korupcja, wyklęta na Zachodzie, to przecież dodatkowe stopnie swobody, trochę jak magia, łamiąca różne “uznane” reguły; jeśli wbudować ją w system, sama stanie się nad-regułą. niesprawiedliwą? a czy na przykład dziedziczenie majątku jest sprawiedliwe? to tylko umowa społeczna.

dla jasności: człowiek Wschodu ma swoje reguły, oczywiście, ale one słabiej uwzględniają istnienie abstrakcyjnego Innego Człowieka (czyli np. nie-członka rodziny). bez tego abstraktu nie istnieje zachodnie pojęcie praw człowieka; myślę, że właśnie z tego powodu jest to pojęcie na Wschodzie obce i dziwaczne. i nawet najśliczniejszy PKB nic tu nie zmieni.

[/mętne dywagacje dyletanta]

tak więc Medan. kolejne koszmarne wschodnie miasto, które dołączam do prywatnego panteonu grozy, gdzie dotychczas królowały albańskie Vlore, poddelhijski Rohtak i keralska Kalpetta. miasta znienawidzone przez mieszkańców, miasta, z których nikt nie jest dumny, miasta bez charakteru i formy, miasta istniejące, bo ktoś tak kazał i dalej się bezwładnie toczące. pełnią infrafunkcje, ale nie dają żadnego bonusu. jest ich od cholery wszędzie, ale rzadko trafiają się na szlaku, są punktami przesiadki albo przypadkowymi znaleziskami w drogach na przełaj.

a w Bukit Lawang osaczyło nas 140 przewodników i każdy chciał nas oprowadzić po dżungli. moja spuchnięta i oklajstrowana stopa nie była żadną przeszkodą dla ich determinacji. poszliśmy więc wczoraj: były i dzikie orangutany, i inne małpy, i rozliczne insekty, i zdumiewające rośliny. trudno jednak nie poczuć ciepłego oddechu nadchodzącej zagłady — liczba orangutanów, mimo programów ochrony, wciąż maleje. po drodze do Bukit Lawang mijaliśmy przyszłość Sumatry: olbrzymie plantacje palmy olejowej.

a więc są takie miejsca. wystarczy niewiele: dotrzeć jakoś na Sumatrę. przeżyć Medan. potem kilka godzin w zasnutym dymem tytoniowym autobusie. i już prawie jest, już widzisz: jezioro, gigantyczne, wulkaniczne. jeszcze pół godziny promem do Tuk Tuk i osiadasz i niczego więcej nie szukasz. przestrzeń zapiera ci dech, aż chcesz krzyczeć; i nie zadeptuje cię kilka tuzinów turystów w szortach. i jest tanio.

Batakowie, którzy mieszkają nad Danau Toba, są bardzo przyjaźni i kontaktowi, choć zaledwie 120 lat temu niderlandzki najeźdźca zabronił im ludożerstwa. z pomocą germańskich misjonarzy nawrócił ich przy tym na protestantyzm, ale pozwolił dalej kultywować dziwne i złożone obyczaje pogrzebowe (z powtórnym pochówkiem kilka lat po pierwszym, po uprzednim oczyszczeniu kości sokiem owocowym). Batakowie mówią własnym językiem, mocno odmiennym od Bahasa Indonesia, mają własną silną kulturę i poczucie odrębnej tożsamości. są niebywale muzykalni, praktycznie ciągle w śpiewie, z gitarą pod ręką. wystarczy urywek melodii dobiegający z autobusu nieopodal — i już na twarzy pojawia się to specyficzne euforyczne odklejenie — a śpiew dobywa się z gardła. np. z gardła pana Jabata, spotkanego w przydrożnym sklepiku, gdzie z kuzynami pokrzepiał się popołudniowym jungle juice.

na dodatek to, co śpiewają, jest bardzo melodyjne (choć czasem aranżowane w stylu San Remo), i jakoś (aż dziwnie) przypomina muzykę Latynosów. (tu można posłuchać i obejrzeć przechadzającą się Marię). może czekają na swojego Ry’a Coodera; a może już go znaleźli, ale ja w swojej ignorancji o tym nie słyszałem.

zostaniemy tu dłużej. nie tylko dlatego, że pięknie, spokojnie i niewymuszenie. również dlatego, że na tutejszych wertepach spadłem ze skutera; przygotowałem nawet zdjęcie mojej lewej stopy na tle tutejszego oszałamiającego krajobrazu, oczywiście techniką hdr (nie rtg), ale jednak Wam tego oszczędzę.

how about some magic mashrooms?

kiedy w Warszawie kończyło się już Święto Trzech Króli, tu, w Medanie, rozległ się donośny śpiew muezzina z Wielkiego Meczetu, zwiastujący wciąż odległy świt. po chwili dołączyli do niego koledzy z mniejszych jednostek — by wibrującym, przesterowanym wielogłosem wielbić Pana.

jesteśmy — mieszkańcy Ziemi — poddani władaniu ludzi, którzy zbudowali sobie psychoterapeutyczny Konstrukt, wyparli fakt tej budowy, a następnie przystąpili z mniej lub bardziej żelazną konsekwencją do implementacji Konstruktu w życiu każdego, kto jest w zasięgu. Konstrukt umieszczają w nieosiągalnej i nieweryfikowalnej transcendencji — i zwą Duchem. poświęcają potężną energię, czas i zasoby, najchętniej cudze, aby w imieniu owego Ducha sprawować władzę. czasem z tego powodu mordują, czasem tylko nie dają spać, kiedy indziej dobrotliwie fundują długi weekend.

aby zstąpił i odnowił, wybierz 1. aby tej Ziemi, wciśnij przycisk dostępny w twojej ofercie ekumenicznej.

śniadanie na wegetarianie w penangu

Malezjo, ech Malezjo.
nudnaś nieco.

i nie to, że tu całkiem nic nie ma — to, co jest, pije się szybko, do dna. raczej bez kaca.
schludny, przyzwoity, nowoczesny kraj. odrobinę chaotyczny, jak na Azję przystało.
(ile go trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto spyta o wzrost PKB w ostatnich 50 latach)
kraj bez właściwości. trzy wielkie kultury (chińska, indyjska, malajska), które chyba nie potrafią dokonać syntezy, każda żyje sobie.

brak mi tego nawisu historii, tego zgniłego zapachu rozpadu Czegoś, który czuło się w Indiach.
brak mi pierwszorzędności. wszystkie atrakcje są jakoś wtórne albo na wyrost. druga liga (za dużą kasę).
i ucieczka w nowoczesność, gładkość. aluminium, szkło i starbucks.
owszem, są bardzo miłe miejsca, miłe, bo biedniejsze, nieremontowane. ale też bezosobowe enklawy dla turystów — wpadliśmy niechcący w taką jedną: Langkawi = Władysławowo + palmy; bezpieczeństwo bodźców; bardzo niski współczynnik valueformoneyzmu; i jeszcze – rosyjscy turyści depczą ziemię; niby nic, ale to specyficzni turyści.
wycofaliśmy się w lepszy klimat Penangu. czekamy na samolot — niebawem Sumatra.

jeszcze pięć obrazków z drogi.