Deszczowe, zaparowane i półśpiące korki są w moim mieście, zapętlamy się bezsensownie w plac Powstańców, wśród samochodów zupełnie bez planu mieszających się na jezdni. Tłumy wracają z zakupów świątecznych chyba, to jedyne wytłumaczenie takich korków w pół do dziewiątej wieczorem. Zjazd ciśnieniowy plus pusty żołądek i całkowity brak pomysłu na jego napełnienie. Dziwnie się nawet czuję, bo wyjątkowo nie mam w sobie złości na porę roku przedświąteczną, senność już tylko została i obojętność i ciężkie powieki. Te tłumy obok też drzemią, oddzielone od nas hermetycznie zaparowanymi szybami. Śpiąc nawigują, nie trąbi nikt nawet, stuka deszcz w karoserię i szyby, szumią koła, mruczy silnik. Krążymy. Na Marszałkowskiej jakiś wypadek chyba, karetka na torach, omijamy szerokim łukiem. Więc jednak do domu, bo w tym deszczu nużąco kropiącym zaparkować się nie udało, a może nie mieliśmy odwagi się na tę wilgoć wynurzać. Tamka, potem w prawo. Między wiaduktem kolejowym a Poniatowskiego – stary, podarty parasol tańczy jakiegoś kulawego menueta na środku jezdni, podmuchy czasem zataczają go na chodnik. Mokra kratka materiału z trudem okrywa wstydliwy, połamany szkielet metalowy, zimny, jeszcze zimniejszy na tym wszędzie wciskającym się deszczu. Do domu. Chciałbym zamknąć już oczy i przytulić się do niej ciepłej.

w dzisiejszej GW:

W pałacu nie będzie żadnych zmian i remontów. – Pan [Lech] Kaczyński remontów bardzo nie lubi – dodała [szefowa kancelarii prezydenta elekta]

mieszkańcy Warszawy odpowiadają gromkim LOL

Młody okajdankowany chłopak w sportowym ubraniu, jeden równie młody mundurowy za nim, inny przed nim. Idą po schodach na dół, do transportu. Za chwilę drugi – chyba klon tamtego, nieco ciemniejszy może, w otoczeniu dwóch kolejnych płowowłosych strażników – tym razem na górę.

W dalszej części korytarza dwa wrogie obozy namawiają się przed rozprawą. Jeden: ona w towarzystwie dziewczynki, już prawie kobiety o zaciętych ustach i bardzo smutnych oczach, z nimi pani adwokatka, potakuje słuchając cichych, nerwowych zwierzeń. Drugi obóz głośniejszy, twarze zniekształcone jakby operacjami plastycznymi wykonywanymi przez stolarza o zacięciu chirurgicznym, oczy zmącone używkami, zapach przetrawionego alkoholu wisi w powietrzu. Same kobiety, wśród nich jeden on – blondyn mniej więcej trzydziestopięcioletni, opina go stara, dwurzędowa marynarka w kolorze okołoseledynowym, spodnie ciemniejsze, podniszczone buty, koszula podobna do marynarki, fason sprzed 15 lat.

Dziesięć metrów między nimi. Mieścimy się w tym dystansie. Nieco spięci, rozmawiamy o jakichś duperelach.

W końcu wlali się na salę, potem pojedynczo wychodzili, zostawiwszy głównych aktorów samych sobie.

Chwilę później z sali obok wyłania się postawna blondyna. „Sprawa z powództwa … przeciwko …”. To my. Poprawiam krawat, kupiony te kilka lat temu na inną urzędową okoliczność, w której też graliśmy główne role.

Dwadzieścia minut później wychodzimy, rozluźnieni i uśmiechnięci. Przed nami trzeci olimpijczyk ze spuszczoną głową i rękami skrzyżowanymi z przodu maszeruje między dwoma szarobarwnymi halabardnikami. Na parterze i my i oni roztapiamy się w wibrującym niespokojnymi emocjami, grudniowo opatulonym tłumie.

Nadszedł w końcu ten moment – trzeba zebrać się na odwagę i do czegoś się przyznać. Otóż jestem anonimowym administratorem pewnego serwisu randkowego. Serwis jest już bardzo podupadły, ale mimo braku odpowiedniej opieki (czyli mojego nim należytego zajmowania się) – wciąż jacyś nowi ludzie się tam pojawiają, logują, poznają się wzajemnie. Randkują, zakochują się, może nawet rodzą się z tego jakieś dzieci. Jakieś dramaty czy szczęścia dzieją się gdzieś tam w bitach przepływających i składowanych na serwerze, który stoi sobie w kącie i w sumie wykorzystywany jest już do innych celów. Serwis działa siłą inercji, nikt od dawna już się nim nie przejmuje, nikt nawet nie dba, czy może już nie skonał w ostatnich konwulsjach. Zdaje się zresztą, że kolejne funkcje ulegały stopniowej atrofii, ale jądro systemu pozostało żywe. Taka zapomniana nisza biologiczna, w której kipi życie, chociaż żaden naukowiec nie umie wyjaśnić – czemu.

Ta rola trafiła mi się przypadkiem – do kogoś trzeba było przekierować przychodzące maile – i padło akurat na mnie. Ludzie – bardzo młodzi, sądząc po specyficznej ortografii – traktują ten serwis jak swego rodzaju skrzynkę zaufania. Zwierzają się ze swoich problemów, proszą o radę (najczęściej w stylu “jestem bardzo nie smiały i ni potrafje rozmawiac z dziewcczynami w sensie ne mam o czym” albo “chce wrucic do dziewczyny ale niewiem jak?”) ale też czasem chwalą się sukcesami (“oblał mnie colą i tak się wrzystko zaczeło.od tąd jesteśmy razem i jest mam wsaniale”). Takich wiadomości dostaję dziennie kilka.

Nie odpisuję na te maile. Często zresztą nie mają adresu zwrotnego, bo wysyłane są wprost z serwisu. Gromadzą się w specjalnym folderze, nie wiem po co, bo przecież nigdy nie zareaguję. Odkładają się kolejne ścinki, śmietki, kurz życia ludzi, którzy mają nadzieję na jakąś pomoc, wysłuchanie czy radę. Dwie linijki uczuć, uchwyconych w kilku nieporadnych słowach, w mrocznej i nie zawsze zrozumiałej składni. Czytam to nie umiejąc się oderwać i przestać; to nałóg, który nie jest zdrowy, bo każdy taki list to jakiś miligram cudzego nieszczęścia i kłopotów, który odkłada się we mnie. Listopad ze swoją depresyjną pogodą i samobójczo krótkimi dniami jest niezupełnie dobrą porą na takie listy.

Na razie umiem powstrzymywać się od dalszych kroków. Nie czytam prywatnych wiadomości, nie tworzę randkowych fejków, nie zderzam ludzi ze sobą, nie podszywam się pod potencjalnych kochanków. Jeszcze nie jest ze mną źle.

Ale te myśli już krążą… może już czas pójść na terapię dla Anonimowych Administratorów.

Lubisz otwierać nowe rozdziały w życiu? Mieć to poczucie, że wszystkie brudy spychasz do śmietnika i możesz na nowo zaplanować swoje ruchy? Pewnie, że lubisz. Masz wtedy wolność co do strategii i taktyki, prawie nieograniczoną wolność.

To dobre chwile są. Marazm przegoniony, okalające bagienko osuszone, świeże powietrze wdychasz pełną piersią, czujesz się panem sytuacji.

Widzisz drobne problemy na starcie, ale wiesz jak je rozwiązać – i błyskawicznie się ich pozbywasz. Realizujesz kolejne zadania, które sobie założyłeś i czujesz, że to, co robisz, jest sensowne. Czujesz dobre zmęczenie, twoja satysfakcja rośnie z minuty na minutę.

Nie myślisz teraz o tym, że niedługo ten nowy porządek stanie się czymś oczywistym, potem będzie uwierał, aż wreszcie, po dostatecznym zasyfieniu stanie się nie do zniesienia. Teraz nie jest czas na takie refleksje. Planuj, buduj, napawaj się.

Jeśli brakuje ci takich uczuć – kup sobie nowy bebech do komputera. Ta drobna z pozoru decyzja zapewni ci pół nocy jakże przyjemnych doznań przy reinstalacji systemu.

Zostałaś zgwałcona? To twoja wina, przecież to tak jasne, że aż banalne. Co to za krótka spódniczka? A ten makijaż? Przecież sama się prosiłaś.

Okradli ci mieszkanie? Kochany, sam się wcześniej nachapałeś, przyznasz, ze nie do końca uczciwie – to teraz straciłeś. Jakbyś żył skromnie i nie kłuł w oczy bogactwem, nic by ci się nie stało. Grab zagrabione, znasz to?

Pobili cię skinheadzi? Wcześniej obrzucili kamieniami? A po co było maszerować i skandować różne głupie hasła? Udajesz pederastę, a może nim jesteś?

Nadszedł czas na zmianę. Rzeczpospolita o nieco nieokreślonym numerze, jeszcze nie 4, ale powiedzmy, że już 3.14159265, powinna zadbać o swoich obywateli i porządek wokół nich. Ponieważ istnieje niebezpieczeństwo zniszczenia mienia przez przeciwników zgromadzenia, którzy niewątpliwie przyjdą na trasę twojego przemarszu, to lepiej siedź cicho. Bo jeśli nie, to istnieją środki przymusu bezpośredniego, które wobec ciebie z łatwością można zastosować.

Rząd będzie dbał o ciebie z dnia na dzień coraz sumienniej. W najbliższym czasie każdy obywatel, posiadający majątek powyżej określonego limitu będzie zobowiązany zarejestrować się w najbliższym komisariacie. A potem się już pomyśli, co z nim dalej zrobić. Przewiduje się zastosowanie odpowiedniego domiaru i solidarne obdzielenie nim lokalnej biedoty.

W nieco dalszej przyszłości, aby chronić bezbronne kobiety, zostanie wprowadzony zakaz noszenia krótkich spódniczek i stosowania krzykliwego makijażu. Rząd przekaże wojewodom odpowiednie wskazówki, a oni, biorąc pod uwagę specyfikę swojego regionu, zadecydują, jaki strój jest dostatecznie skromny i bezpieczny. W powiecie wadowickim wprowadzi się habity.

Nie bój się. Jeśli nie ogarniasz otaczającej cię rzeczywistości, to jest ktoś, kto ogarnia. Twój rząd cię kocha.

Nie wsiadaj ze mną do samochodu, kiedy wokół panuje listopad, szare mgliste popołudnia beznadziejnie szybko przechodzą w wieczory, też mgliste i wilgotne, oblepiające stęchłą watą ręce, twarze, całe ciała. Będę cię kusił wybraną specjalnie dla ciebie muzyką, izolacją od zapyziałości w cieple suchego sztucznego powietrza, powolnym przewijaniem miejskich obrazów za szybą. Miejscami, których jeszcze nie znasz, trasami, którymi nigdy nie jeździłaś.

Nie daj się namówić, choćbym używał najbardziej pociągającego z moich barytonów – jeśli uważnie posłuchasz, zauważysz fałszywe ćwierćtony, łamiącą się melodię słów, cichy szmer szaleństwa wydobywający się gdzieś tam z głębi gardła. Umiem bardzo przekonująco patrzeć w oczy, sugerując wszelkie stopnie zainfekowania tobą, ale na to też się nie łap, to gra. Jestem w tym niezły, ale musisz spróbować mnie przeczytać.

Listopadowa sobota to bardzo zła pora na popołudniowo-wieczorne krążenie po mieście, kiedy jeszcze nie wszyscy wylali się z przydrożnych kapliczek handlowych i dopiero rozpoczęli swoją pielgrzymkę zwrotną, do domów, do telewizorów, do sraczyków, żeby oddać naturze hamburgery i pizzę, którymi się faszerowali w czasie rodzinnych spacerów sponsorowanych. Choinki już wszędzie, prawda? Jak miło.

Tak, to zła pora.
Bo być może to jest ten dzień, w którym podtrzymam myśl kiełkującą w głowie już od dawna, a do tej pory odsuwaną z lękiem – żeby przy możliwie sporej prędkości wykonać gwałtowny skręt w lewo, na pas powracających z zakupów sytych i zmęczonych rodzin. Mój samochód potrafi się nieźle rozpędzać.
Proszę, nie wsiadaj.

Wyobrażałeś sobie kiedyś, co to znaczy być na trwałe zacewnikowanym?
Albo – jak to jest mieć wycięte jelito grube i podłączać sobie woreczek kałowy do brzucha?
A może – jak żyć po wycięciu połowy dolnej szczęki?

Nieestetycznie, co?
Chyba również dość niekomfortowo?

Może będziesz miał szczęście i to wszystko cię ominie, a na koniec ładnie i spokojnie sobie umrzesz, albo chociaż – bardzo gwałtownie. Za bardzo bym jednak na to nie liczył.

Teraz wykonaj jeszcze jedno nieskomplikowane ćwiczenie myślowe. Wyobraź sobie, że to nie dotyczy ciebie, ale twojego dziecka.

Że to ono kwiczy z bólu albo w ciszy zamiera ze strachu, wysłuchując wyroku.

„Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną.” Tak? Pasuje ci to?

Wybierz jakikolwiek model życia, to twoja sprawa. Byle nie mentalną ucieczkę w nieświadomość, w różowy, plastikowy błogostanik, w którym nikt nie cierpi i nikt nie umiera, a jeśli już koniecznie musi, to robi to we własnym łóżku, w czystej pościeli, w otoczeniu kochającej rodziny – bo nazwę cię żałosnym, śmierdzącym tchórzem.

Tego posta nie sponsorował durex.

spotkanie bez czasu i poza czasem
ściśle wymierzone dziświeczorne pół godziny
rozedrgane i rozgadane
ona boi się mojego milczenia
zażąda, żebym je zagłuszał
czymkolwiek
byle do następnej puenty
bo cisza paraliżuje ruchy i studzi ciało
rękawiczki nie ogrzeją zmarzniętych rąk

Czyli od jedynego w miarę szczerze przeżywanego w Polsce święta – święta zmarłych (w ten dzień każdy płacze nad swoim przemijaniem, można założyć, że to akurat robi szczerze) – do plastikowych, obleśnych i pozbawionych głębi świąt bożego narodzenia. Zapyziały (chwilowo słoneczny, ale to tylko takie preludium i zmyłka) listopad i grudzień radośnie rozświetlą wam Nestle do spółki z Sony i General Motors. Lada dzień zacznie zewsząd rozbrzmiewać ogłupiające dżinglbells, ze skrytek w centrach handlowych wypełzną pognieceni i przykurzeni mikołajowie i ustawią się w kolejce do kosmetyczki na zabieg przyklejenia uśmiechu.

Nie wiem, jak wy, ale ja tuż przed tym handlowym orgazmem zamierzam się ewakuować. Jest mi naprawdę przykro, ale swoją konsumpcją nie przyczynię się do wzrostu PKB w mojej ojczyźnie.

(Jdt16:9)

Nie, tym razem będzie inaczej.

Wreszcie wiedział, jak wyglądają jej oczy. Ciemnobrązowe, czarne niemal. Mocno błyszczące, roześmiane. Ładne raczej. Całkiem nieźle wyglądały w oprawie z czarnych rzęs i poddepilowanych brwi. O dziwo podobne nawet do tego zdjęcia, chociaż szczerze wylizane było w photoshopie.

Sięgnął do szuflady po otwieracz, otworzył piwo, jakiś lokalny ciemny wynalazek. Upił pianę, która zaczęła uciekać na zewnątrz butelki. Trochę uciekło, wytarł więc niecierpliwie ścierką. W końcu usiadł na krześle. Wziął do ręki widelec i spojrzał ze smakiem na dwie zakrwawione kulki, rozszerzonymi źrenicami zerkające z dna miseczki.

Gdzie tu miejsce na jakąś duszę? Na myśl niecielesną? Wszystko parszywa chemia, wszystko materia niesterowna i samodzielnie się organizująca. Cykliczne odpływy i przypływy hormonów określają całą relację ze światem i wskazują kierunki poszukiwania wszelkich sensów.

Oczywiście nie jego hormonów. Jej. Ale dzięki nim raz na trzy-cztery tygodnie on ma kolejny urlop wypoczynkowy, okolicznościowy raczej. Jest czas na spokojne napicie się piwa, uporządkowanie drobnych praktycznych spraw, spotkanie z dawno niewidzianymi koleżankami i koleżkami. W tym czasie ich kontakty bilateralne zamarzają w wyrafinowanej dyplomacji, słowa jeżą się kolcami, ciężkie sugestie jak opite krwią nietoperze smętnie zawisają pod sufitem. Formułki pożegnalne jeszcze nie wypowiedziane, ale już ułożone, dalsze scenariusze wstępnie spisane, ale nie oddane do zatwierdzenia. Wreszcie po dwóch-trzech dniach chemikalia zmniejszają stężenie, stary dobry metabolizm je zżera – sens życia co prawda nadal się nie odnajduje: po prostu przestaje przeszkadzać jego brak. Gumką myszką oboje pracowicie wycierają wcześniej naszkicowane, a niepotrzebne już (nigdy więcej) deklaracje. Urlop się kończy. Niebo się rozchmurza; choć prawie listopad, to noc nad głową jest ciepła i gwiaździsta, wino znów krąży z ust do ust.

I tak dalej. Da capo al fine.

Idzie Grześ
Przez wieś,
Worek piasku niesie,
A przez dziurkę
Piasek ciurkiem
Sypie się za Grzesiem.

“Piasku mniej –
Nosić lżej!”
Cieszy się głuptasek.
Do dom wrócił,
Worek zrzucił;
Ale gdzie ten piasek?

Wraca Grześ
Przez wieś,
Zbiera piasku ziarnka.
Pomaluśku
Zebrała się miarka.

Idzie Grześ
Przez wieś,
Worek piasku niesie,
A przez dziurkę
Piasek ciurkiem
Sypie się za Grzesiem…

(Julian Tuwim)

Nagły impuls, który wyrywa cię z przyjemnego samozadowolenia i powoduje, że wskakujesz na główkę do basenu zdarzeń, których zupełnie nie umiesz przewidzieć. W podróżowanie po zakamarkach własnych wspomnień, zniekształconych sklerotycznymi naroślami, w odkrywanie dawno zabliźnionych ran, przywoływanie smaków, ożywanie śmiechów, łez i szeptów. Czujesz niemal fizycznie, jak pieką cię policzki, w które kiedyś oberwałeś (wtedy piekły). Miękną ci nogi, właściwie chciałbyś już sobie pójść a może nawet szybko uciec, ale jednak naciskasz guzik dzwonka. Niech się dzieje co chce, zobaczymy, czy w tym basenie jest jednak woda.

Najgorsze jest to, że wspomnienia się mieszają, twarze, ciała, zapachy, sytuacje – nie pasują do osób, albo pasują do zbyt wielu. Mózg gorączkowo pracuje, próbuje – ważąc prawdopodobieństwa – dobrać możliwy wzór, profil osoby, zestaw cech. Pozostaje nie mówić zbyt wiele, co akurat nie jest specjalnie trudne, nigdy nie byłeś nadmiernie gadatliwy. Czasem pojawia się przebłysk pewności, wspomnienie tak rzeczywiste, że nie możesz się powstrzymać, żeby nie przywołać go na głos; końcówka zdania zawiesza się jednak w cichnących, nieśmiałych pytajnikach, nie jesteś pewien, czy nie palnąłeś głupstwa. Ale czytasz w jej oczach, że nie, dopasowanie wspomnienia do osoby zakończyło się sukcesem.

Rozczochrane wspomnienia stopniowo porządkują się, choć nadal dziwnie się czujesz odnajdując różnice między obrazem, który nosiłeś w głowie a tą fizycznie istniejącą kobietą siedzącą obok. Ogólnie – tak, klimat podobny, ale szczegóły inne. Uśmiechnięty sposób wymawiania niektórych głosek – tak, to właśnie to, ale głos się obniżył i pojawiła się jakaś chrypka, delikatne skrzypienie. Oczy już nie błyszczą, chociaż włosy wciąż tak, krótsze teraz znacznie i ciemniejsze. Zapamiętałeś, że jest niewiele niższa od ciebie, a tymczasem zmieściłaby ci się pod pachą. Urosłeś od tego czasu? Nie, to twój mózg cię oszukuje.

Skoro jej obraz tak bardzo się zmienił, to ciekawe, jak bardzo ona jest zdziwiona tobą. Może też z trudem tylko odnajduje w tobie tamtego energicznego, gładkiego młodzieńca. Którego podobno nawet kochała. Byłeś jej bliski, ona tobie też – teraz nieśmiało się do siebie uśmiechacie, z trudem wytrzymując wzrok i szukając tematów do podtrzymania rozmowy.

Dziwne, jak silnie podziałały na mnie te niespokojnie rozbiegane oczy i kamienna twarz Billa Murraya.

Joseph ma 49 lat i pracuje jako policjant w Edmonton. Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności tydzień temu zaplątał się w Polsce i z ufnością dziecka wszystkimi zmysłami chłonie nowe bodźce. Niemal co wieczór ląduje na jakiejś nieoczekiwanej alkoholowej imprezie w czyimś domu, przez co liczba razy, gdy pił alkohol w całym swoim życiu zdążyła wzrosnąć z trzech do ośmiu… a pewnie dobije do piętnastu za tydzień, gdy będzie wracał do domu.

Był już dwa razy w Europie, głównie u rodziny w Niemczech. Próbował dostać się do UNPROFORu w Bośni, ale miał za małe dzieci i nie dostał przydziału. Na emeryturze (mundurowej, więc już za dwa lata) chce więcej podróżować – Skandynawia, Ameryka Południowa; Azja raczej nie. Część jego rodziny pochodzi z Ukrainy, ale tam nie chce jechać.

Joseph jest przekazywany od znajomych do znajomych, kolejne osoby z wyrozumiałością się nim opiekują, on z kolei z wyrozumiałością przyjmuje to, co los przynosi. Ląduje na kolejnych kanapach w kolejnych domach, siedzi w milczeniu, przygląda się ludziom, pije coraz to nowe nieznane mu trunki i ze zdziwieniem w lekko zmąconych mocno błękitnych oczach obserwuje, jak tubylcy po wychyleniu paru kolejek zaczynają układać zagadki logiczne z zapałek.

Największa atrakcja w podróży Josepha wciąż przed nim. W przyszłym tygodniu pojedzie na wycieczkę do Auschwitz.

Rano obudził go swąd palonej gumy, tak ciężki, że bał się głębiej odetchnąć. A przecież przyjemnie jest spać przy otwartym oknie. Było dużo za wcześnie. Najwyraźniej coś się paliło w hałasującej śmieciarce, która przyjechała pozbierać torebki z odpadkami karnie ułożone wokół pojemników (tutejsi lokatorzy brzydzą się wchodzić głębiej i wrzucać je do wózków). Prześcieradło nieprzyjemnie zrolowane, nieświeże już, on na nim obudzony, ale bez jakiejkolwiek chęci do wstawania. Budzik, jak zawsze wyłączony, wskazywał szóstą pięć. Ludzie pracy wstają, przemywają twarze, cisza nocna skończona, śmieciarki wszystkich krajów zjedźcie się.

Prysznic, stopy w poszarzałym od brudu brodziku, cieniutki strumień sączy się na głowę, coś się chyba gdzieś zapchało, w umywalce woda też ciurka oszczędnie. Trochę pasty na szczotkę, delikatnie przejechać w prawo i w lewo po nadwrażliwej dolnej szóstce i górnej trójce, mówił sobie już tyle razy, czas na dentystę, straszyły go uśmiechy różnych nieznajomych, pozbawione a to trzonowca, a to odsłaniające metalowy drucik protezy. W tym tygodniu z pewnością.

Potem dziura, jakaś szarobura plama przed oczami. Czynności powtarzalne nie pozostawiają śladu w pamięci.

Przebłysk świadomości w sklepie, kolejka do kasy, jeden podżelowany mężczyzna mówi do drugiego, że w sumie to Jasiek będzie drajwerował jako kierowca. To go obudziło, bo, do cholery, skoro musi drajwerować, to chyba tylko jako kierowca? Chyba że nie?

Potem znów plama szaro-zielonkawo-brązowa i szum w uszach.

Wieczór nad turkolem, jakieś kluski z fasolą i falaflem. Zza okna archaiczno-progresywne riffy z końca lat siedemdziesiątych puszczane radośnie w budynku naprzeciwko. Tego już nie wytrzymał, zamknął okno. Otworzył puszkę z piwem wcześniej kupionym na stacji benzynowej. Czeskie piwo warzone w Poznaniu. Ważne, że zimne.

Znów szum w uszach. Plama dla odmiany nieskalanie bura.

Teraz w łóżku, trochę rozprostowana pościel, okno zamknięte. Brzuch ciężki, za dużo było tego turkola, za ostry też był. Ułożyć się jak najwygodniej, żeby żołądek nie ciążył – i trawić w spokoju. Trawić – a rano obudzić się i znów coś zjeść. Potem trawić. Znalazł przyjemność w takich prostych cyklicznościach. Nawet te dłuższe cykle, trwające rok czy całe życie, też zaczęły mieć swój urok. Jeść – trawić – srać. Dorastać – rozmnażać się – umierać. Czuł, że stracił siłę, pchającą go do wyrwania się z tych kółeczek, ale nie brakowało mu tego, przeciwnie, było mu z tym dobrze, wygodnie tak jakoś. Chęć przemiany bezpowrotnie odpłynęła.

Zostały czynności powtarzalne.