Ponieważ ostatnie dni roku skłaniają do refleksji nad przemijaniem, postanowiliśmy zorganizować telemost z Sighisoary i spytać kilka znanych postaci, co sądzą o konieczności starzenia się. Oddajmy głos naszym panelistom.
Premier: Oczywiście, że nie musimy się starzeć. Przede wszystkim Polacy nie muszą nigdy osiągać wieku emerytalnego. Chciałbym oświadczyć, że polecę moim ministrom przesłanie jutro do laski pakietu 250 ustaw, które zaradzą problemom przemijania, kryzysowi światowemu oraz bezsensowi życia.
Prezydent: No tak, oczywiście została złamana zasada precedencji i właściwie, panie Trupek, powinienem nie podawać panu ręki. Powiem tylko, że w latach 2005-2007 Polacy starzeli się znacznie wolniej, a nawet wyraźnie młodnieli. Niestety, ten proces infantylizacji został brutalnie przerwany przez siły wrogie substancji naszego Narodu. (nie podaje ręki)
Prezes Opozycji Konserwatywno-Edypalno-Masturbalno-Ochrzczono-Naszej (POKEMON): (chrząka) To, co Pan Prezydent powiedział, to prawda, ale oczywistą prawdą jest też, że oczywiście, Polacy muszą się starzeć, zgodnie z naturalnym prawem danym nam przez Stwórcę. Ponieważ jednak życie jest najwyższą wartością, chcemy je podtrzymywać wykorzystując najnowocześniejsze aparaty reanimujące, wyposażone fabrycznie w urny wyborcze. A zgodnie z zasadą solidarności też nie podam panu ręki. (też nie podaje)
Lider Opozycji Lewicowej (LOL): Pomyślmy o następnych pokoleniach. Czy chcielibyśmy, aby nasze dzieci były tak pomarszczone, jak POKEMON, czy raczej rześkie i żwawe jak my, młode LOLe? Przyczyną wszystkiego jest globalne ocieplenie oraz hydra wolnego rynku. Jak wiadomo, ludzie lepiej konserwują się w chłodzie, dlatego też planujemy wprowadzic regulacje w handlu grzejnikami i paltami oraz opodatkować domiarem każdy ponadnormatywny egzemplarz.
Pantofelek: (niestety, nie zdążył ze swoją kwestią i podzielił się na dwóch, z których żaden nie chce oddać zaliczki za wywiad)
Znany Psycholog: Zastanówmy się przede wszystkim, dlaczego właściwie tak nas rusza, że zestarzejemy się, umrzemy, zgnijemy i nic po nas nie zostanie? Czy Tanatos nie zanadto tłumi naszego żywotnego Erosa?
Doświadczona Artystka Estradowa: Właściwie to nie wiem, ale mogę dla państwa zakręcić dupskiem.
Wszyscy: Prosimy, prosimy!
Doświadczona Artystka Estradowa: (kręci)
Humphrey Bogart: (nie starzeje się już od 52 lat)
Na tym kończymy, niestety znów nieco starsi i wracamy do naszego studia w Sighisoarze.

Analitycy zgodnie oceniają, że najbliższe dni mogą zdecydować o dalszym kierunku rozwoju sytuacji w ciągu najbliższych dni. Większość z nich podkreśla, że trudno na razie jednoznacznie określić, czy przysłowiowa szklanka jest do połowy pusta, czy pełna, zalecają więc odtłuc jej górną część. Ponieważ wciąż jeszcze nie widać dna, pojawiają się sugestie, by próbować je również delikatnie odtłuc, co trwale zapobiegnie jego osiągnięciu. Anonimowy analityk banku Getout, Bazyli Feller-Seller, wskazuje jednak, że to z kolei może niestety skutkować rozlaniem herbaty, należy więc używać dostatecznie dużych spodków. Feller-Seller zauważa również, że gdyby herbata się rozlała, to nie należy nad nią płakać, ponieważ pozostaną fusy, pożywny suplement dla inwestorów. Wtóruje mu Piotr Niepieprz z Banku Św. Wieprza, zauważając, że segment inwestorów pijących herbatę ze szklanek nie został jeszcze dostatecznie głęboko wydrenowany. Niepieprz wyraża też nadzieję, że herbatę osłodzi im mieszanie świecą w trendzie bocznym.

W obecnych czasach wszyscy wokół zastanawiają się, co zrobić, by ich pieniądze były bezpieczne. Postanowiłem podzielić się swoimi doświadczeniami, aby pomóc wszystkim bliźnim wypatrującym w drżeniu niepewnego jutra. Oto kilka sprawdzonych rad, które skutecznie zabezpieczą Twoje pieniądze.

  • Chroń pieniądze przed nornicami. Czasem wystarczy zwykła kartka: „tu nie ma nic wartościowego” i nornica odchodzi jak niepyszna. Powiedzmy to jednak otwarcie, nie wszystkie nornice potrafią czytać. Kupujemy więc misia, któremu nagrywamy w brzuch odpowiednią formułę, po czym kładziemy w miejscu, w którym trzymamy pieniądze, w taki sposób, by przechodząca nornica trąciła go i uruchomiła mechanizm głosowy. To metoda stuprocentowo skuteczna, nie stwierdzono, by nornice zabrały stosującym misia choćby złotówkę.
  • Nie kładź pieniędzy przed lustrem. Niektórzy wierzą w wyjątkowo głupi i niebezpieczny zabobon, iż pieniądze położone przed lustrem mają tendencję do pomnażania się. Jest dokładnie odwrotnie! Lustro tworząc zgubne symetrie generuje wyjątkowo niekorzystne pole energetyczne, bardzo źle oddziałujące na wartość pieniądza. Pani E.K. z Nowego Sącza położyła wieczorem stosik banknotów PLN przed lustrem w swojej sypialni (lustro w sypialni!), a następnego dnia rano znalazła kupkę takich samych nominałów, ale w rupiach indyjskich.
  • Jeśli spotkasz żebraka, kopnij go. Nie do końca wiadomo, czy to pomoże, ale na pewno nie zaszkodzi.
  • Nie perfumuj banknotów. Idiotyzmem jest wierzyć, że postacie na polskich banknotach lubią przebywać w fiołkowo-lawendowej atmosferze. Przecież wszyscy są mężczyznami! i to staroświeckimi. Zaczadzeni intensywnym zapachem mogą sobie pójść denominując Twoje banknoty do zera. Lepsze skutki przynosi wcieranie w nich niedźwiedziego sadła i polewanie miodem pitnym, trzeba jednak pamiętać, że to przyciąga nornice.
  • Jeśli spłacasz kredyt, nie trzymaj umowy kredytowej w szufladzie. Raczej rozwieś ją na suszarce, pod którą umieść kilka solidnie dymiących kadzidełek opiumowych. Możesz też przy pomocy korektora usunąć z umowy kilka zer (ale nie za dużo, bo wszyscy się zorientują). Tak skołowana umowa jest bardzo dobrą podstawą, aby od banku żądać zmniejszonych rat oraz markowej bielizny, o której w następnym punkcie.
  • Przechowuj pieniądze tylko w markowej bieliźnie oraz w pudełkach po dobrych butach. Jeśli zwykle nie nosisz takiej bielizny ani butów, warto zainwestować choćby po to, by zapewnić Twoim pieniądzom komfortowe lokum. Ważna uwaga: jeśli jesteś mężczyzną, za żadne skarby nie kupuj bielizny damskiej – mężowie na banknotach, miłujący starożytne cnoty, bardzo nie lubią przebierańców i pedziów.
  • Autobus linii nieparzystej, umiarkowany tłok pobiurowy. Stoję w przegubie, miotany sprzecznymi przyśpieszeniami próbuję czytać o bezradności liberałów. Po skosie dwóch na oko trzynastolatków, jeden w czapce, przechodzący mutację, drugi, blondynek, jeszcze przed. Po lewej zakonnica, halo siwych włosów wokół welonu, duże okulary, na dłoni srebrna obrączka. Chłopiec w czapce do blondynka, głośno: „A wiesz co to jest fisting?”. Blondynek milczy, nie wie, za to ja już wiem, że nie poczytam. „Tak jak fingering, ale…” tu nastąpił gest ręką, który wychwyciłem tylko kątem oka znad książki. „Ściągnąłem taki film, no i to było mocne. On jej…” – chłopiec pokazuje pięść i podwija rękaw – „tak dotąd. I to chyba było trudne. Dla obojga. No z emula normalnie ściągnąłem”. Blondynek milczy, patrzy pod nogi. Zakonnica wykonuje gest, jakby chciała zatkać sobie uszy, ale tylko poprawia welon. Słyszę dalszy ciąg: „Udowodniono naukowo, że kobieta ma szesnaście razy silniejszy orgazm niż mężczyzna. A u świni orgazm trwa pół godziny”. „Chcę być świnią i kobietą” – mówi cicho blondynek. „A ja chcę mieć ajfona, a nie to badziewie” – ten w czapce wyciąga komórkę. Wysiadają. Zakonnica wyjmuje różaniec. A ja wracam do mojej bezradności.

    Za górami, za lasami było sobie królestwo, w którym lud żył szczęśliwy, złoto płynęło wartko, a seks był łatwo dostępny. Król panował tam dobrotliwy i tak nieudolny, że nie umiał niczego popsuć, lud zaś przepędzał czas szukając okazji do łatwego zarobienia szybkiej fortuny. Wszyscy dumni byli z tamtejszej krzepiącej wieprzowiny, z której królestwo znane było w sąsiednich krainach. Pomyślność ta udziałem ludu była od niedawna: spłynęła na krainę niewiele lat wcześniej, gdy zdechł stary smok, gwałcący i pożerający większość świń i dziewic rodzących się w królestwie.

    Uważny obserwator dostrzegał jednak, że dostatek i szczęście jeno powierzchownie błyskały. Wieprzowiny było pod dostatkiem (dziewic też), cóż, gdy ludek głębszych rozkoszy pragnął. Wielu chciało na tym skorzystać, brak ów zapełniając. Kupcy opłacali więc trubadurów, by ci po jarmarkach śpiewając o miłości, imiona swych dobroczyńców rozsławiali, w canzony je wplatając. Kołodzieje i bednarze rekwizyty fundowali trefnisiom, by swoim produktom splendoru sztuki dodawać. Niestety, artyści tamtejsi nie dorównywali sławą wieprzowinie. Trubadurzy niemożebnie fałszując obrywali nierzadko zgniłym ziemniakiem, trefnisie, gubiąc pointy, wygwizdywani byli ze sceny. Wszelako okazało się, że taki obrót rzeczy nie ma znaczenia, wszak złoto płynęło z rąk do rąk szerokim strumieniem. Tyle tylko, że lud nieco się nudził.

    Żył w tym królestwie dzielny szewczyk, tak dzielny, że z łatwością mógłby zabić smoka, gdyby tylko ów smok jeszcze żył. Ponieważ z racji zbyt późnego urodzenia zabrakło mu możności wykazania się swą dzielnością, chcąc nie chcąc, przesublimował ją w bardziej przydatną w owych czasach gospodarczą zaradność. Mylisz się jednak, czytelniku, jeśli sądzisz, że osiągnął on powodzenie otwierając sieć szewskich warsztatów. Wiedział przecież, że wszystkie ciżemki sprowadzane są za nędzny grosz zza wielkich gór, z krainy pełnej szewczyków one-talar-a-day. Wybrał więc inną drogę. Nasz szewczyk dostrzegał pustkę w sercach swych rodaków, której rodzimi trubadurzy ukoić nie umieli. Postanowił ją zapełnić, łącząc słuszny zarobek ze ziszczeniem swych marzeń. Posłuchał snów ludzkich i znalazł w nich lęki oraz tęsknoty – i stworzył smoka.

    A właściwie, wcielił się w niego. Wieczorami snuł się po okolicznych wioskach, przebrany za gada, z pochodnią dymiącą w pysku przeganiał przerażonych kmieci. Potem rano, jako dzielny szewczyk, zachodził do wsi i proponował uwolnienie od smoka za cenę kilku tłustych świniaków wypchanych siarką i ofiarowanych bestii (oraz paru dukatów za fatygę). Wieśniacy płacili chętnie, bo pamięć o smoku była wciąż żywa. Świniaki ubijał obuchem i pakował w nie piasek udający siarkę, a wieczorem podkładał je (sam sobie) w ofierze, którą potem efektownie, w kłębach dymu i przy akompaniamencie cichych złorzeczeń wieśniaków – porywał. Następnego dnia puszczał mięso w obieg na targu przez podstawionych rzeźników. Dziewic na razie nie tykał (little by little).

    Interes szedł wyśmienicie: lud, przeżywając oczyszczające emocje, znalazł swego obrońcę, który za niewielką opłatą fundował mu miłe sercu widowisko – a obrońca ów mógł godnie żyć, nie tylko sowicie zarabiając, ale też znajdując poważanie w oczach bliźnich. Pewnego jednak dnia, kiedy nasz bohater układał kolejną świnię pod obuch, ta nieoczekiwanie odwróciła łeb i odezwała się ku niemu: „Niedobrze się bawisz. Podkładasz nas i bierzesz dukaty od ciemnych wieśniaków. A księgujesz przychody? A kasę fiskalną masz? Atesty na humanitarny ubój? Książeczkę sanepidu? Koncesje na straszenie ludności? Powiadam ci, za niegodziwości, które czynisz, spotka cię kara”. Szewczyk zdębiał, ale po chwili odzyskał rezon i zaśmiał się w duchu: „Ho ho ho, gadająca świnia! Taki z ciebie doradca biznesowy, jak ze mnie były wiceminister finansów!” – i walnął ją w łeb obuchem.

    Szewczyk szybko zapomniał o tych słowach i dalej podkładał sobie świnie zagarniając dochody w coraz to nowych wioskach. Smocze wędrówki nie uszły jednak uwagi okolicznych kasztelanów, którzy niebawem poinformowali o tym króla. Ten nakazał przeprowadzić śledztwo, które błyskawicznie skierowało zastęp poborców na sprytnego szewczyka. Tu bajeczka powinna się skończyć, bo zazwyczaj takich złoczyńców nabijano na pal, konfiskując cały majątek. Tak też się stało z szewczykiem (żegnamy więc naszego bohatera) i jego dukatami (jego złoto także), pomysł reanimacji smoka spodobał się jednak królowi, co bajeczkę wydłuży o jeszcze jeden akapit.

    Zarządził więc król, by dworzanie przebrani za smoki udali się w różne dzielnice królewskich włości i tam poczęli straszyć poddanych. Każdemu towarzyszył odpowiedni szewczyk, który za niewielką opłatą oferował wiosce uwolnienie od potwora. Koncept działał bardzo sprawnie, atoli po niedługim czasie ludzie zaczęli się oswajać ze smokami, przestali się ich bać, a parę sztuk nawet schwytali, obnażając mistyfikację – na swoją zgubę jeno, gdyż wieś taką przebiegłą trzeba było wycinać. Ponieważ wieśniacy coraz mniej chętnie opłacali szewczyków, trzeba było posyłać im wspierające hufce wojów, które a to dyskretnie podpalały wioski zwalając winę na smoka, a to sugestywnie błyskając mieczami wzmacniały argumenty szewczyka. Z czasem zrezygnowano w ogóle ze smoków, jako zbędnego kosztu, wystarczyło pojawienie się szewczyka z hufcem a wioska bez szemrania oddawała świniaki i opłacała fatygę.

    I w ten właśnie sposób wymyślono PIT (Pig Idle Tax – nikt do końca nie wie, czemu „idle”).

    Dalej życie królestwa popłynęło harmonijnie, choć nudno, więc tu przerwiemy opowieść. Znajdźmy jeszcze miejsce na trzy morały.
    Morał #1: nie podkładaj świni, a już na pewno nie sobie.
    Morał #2: jeśli jednak podkładasz, to bądź ostrożny(a!), bo władza niechętnie dzieli się tym przywilejem.
    Morał #3: dziewice nie są opodatkowane, więc lepiej zajmij się nimi; to bez wątpienia przyjemniejsze i bezpieczniejsze.

    Zbrodnia to nie zbrodnia, kiedy nie jest ukarana
    Ta kurwa taka głupia jest czy taka cwana?
    (Kazik Staszewski)

    – Dochodzą do nas coraz częstsze informacje, że pewne grupy obywateli obelżywie myślą o innych i, choć w dużym europejskim kraju XXI wieku wydaje się to nieprawdopodobne, źle im życzą – powiedział Premier. Jak dodał, coraz częściej notowane są wypadki życzenia bolesnej śmierci ludziom sukcesu, którzy śpiesząc się do swych biur proaktywnie optymalizują swoją drogę przez miejskie korki. – Nie mam wątpliwości, że sprawców patologicznych myśli, te obrzydliwe indywidua, bo trudno nazwać ich ludźmi, należy skutecznie izolować od zdrowych narządów naszego narodu – dodał. Jak zaznaczył, Rząd na ostatnim posiedzeniu doznał grupowego oświecenia i ma klarowną wizję przeciwdziałania złu. – Poprosiłem pana Ministra Spraw Dobrych, aby zintensyfikował prace nad odpowiednią ustawą. Liczę na sprawną współpracę z Panem Prezydentem, o którym ciepło myślałem wczoraj wieczorem. Planujemy nierokującym poprawy myślozbrodniarzom dać wybór: lobotomia albo dożywotnie zawstydzanie gołym kurczakiem – powiedział Premier. Zaniepokojonych dziennikarzy pytających, czy nie mamy tu do czynienia z powrotem do metod totalitarnych, Premier uspokoił, że nie.

    złożona z dziesięciu paznokci i jednej pary ust
    paznokcie sterylne jak pielęgniarki w białych czepkach
    usta czerwone, zamknięte w nawias
    na talerzyku ciastko marchewkowe

    paznokcie obierają ciastko ze zbędnych okruchów
    aż na talerzyku pozostaje kamień, albo głowa
    raczej kamień, jak w Chorwacji, nad urwiskiem
    ciepły, wygodnie mieszczący się w dłoni
    pasowałby do głowy, ale na to zabrakło odwagi i ciastka
    jego głowy, autora comiesięcznej pustki, błogosławionej
    póki cyfrom lat nie urosły irytująco krągłe brzuszki

    nagle rumieni się i wpycha kamień w usta
    i miażdży go i połyka, krztusząc się suchością
    paznokcie usuwają poszlaki z talerzyka

    i mówił

    czyż nie złudzeniem zrodzonym w głowach waszych jest wiara, że coś znaczycie? czyż sprawczość i wolna wola nie są jedynie igraszką doznań, snem, który wbrew zdrowemu rozsądkowi śnicie na jawie? nieważni jesteście i nic nie możecie, choćbyście góry nawet przenosili. bo was – nie ma. jest tylko ten zlepek atomów, który błędnie zwiecie sobą.

    czyż ową hybris, płynącą ze złudzenia własnej autonomii, nie grzeszyli ci, którzy ziemię deptaną swymi stopami ustawiali w centrum wszechświata? na przekór faktom, zaklęci w absurdalnych epicyklach trzymali ją w żelaznych kleszczach nędznych fantazji o swej wyjątkowości, nie pozwalając jej drgnąć ani o sążeń.

    a ci, którzy uznać swojego podobieństwa do zwierząt nie chcieli i głosili, że Pan stworzył ich osobno, na swoje, nie bydląt podobieństwo, czyż nie byli równie pyszni?

    a cóż powiedzieć o tych, co wierząc w swą nieograniczoną moc nie tylko rzeki odwracali, ale i przeobrażali człowieka, chcąc stworzyć go na wskroś nowego? zgiełkiem słów zagłuszali prawdę o jego z natury przyrodzonych pragnieniach by bezskutecznie podporządkowywać je kolektywowi.

    i mówił dalej

    ich następcy wbici w tę samą pychę, wierząc w człowieczą potencję, wątpią w fakty, które ich wierze przeczą. ślepi na materię, z której powstali, przekonani są, że wychowaniem i przykładem cnotliwym zmienić się wzajemnie i lepszymi uczynić mogą, wbrew swym naturalnym skłonnościom. że role ich w społeczności można dowolnie formować i z męża uczynić niewiastę, a z niewiasty męża. z naturą swą walczą i wierzą, że siłę mają by wygrać. przypisują sobie wszelkie moce, także i te niszczycielskie. wbrew głosom uczonych mężów oskarżają się o powietrza nagrzewanie i przeznaczają bogactwa na odkupienie tych wmyślonych sobie grzechów, choć nie powietrze, a głowy swe studzić powinni. ale zaprzeczyć tym grzechom – to powiedzieć: tak, mali jesteśmy. a tego nie zrobią nigdy.

    i mówił jeszcze

    czyż zatem jest ucieczka od tej bezwartości, sposób na uczynienie życia istotniejszym – a mniej złudnym? powiadam wam, nie ma. bo tę białawą galaretę, jaką jesteście, duchem i wolną wolą natchnąć równie trudno, jak ten krawat, który mam na szyi. jest za to dobry sposób, by o tej marności choć na chwilę zapomnieć. otóż mamy w ofercie last minute tygodniowy pobyt na Rodos w czterogwiazdkowym hotelu all-inclusive który gwarantuje udany wypoczynek od beznadziei życia codziennego i od niespełnionych marzeń o wielkości a wszystko to również dzięki niezwykle atrakcyjnemu programowi kulturalno-animacyjnemu odpowiadającemu oczekiwaniom naszych drogich klientów mogących spędzić wiele romantycznych chwil na wyjątkowej żwirowo-piaszczystej plaży ze wspaniałym widokiem na lazur morza egejskiego cena promocyjna tylko tysiąc pięćset peelen gorąco polecam.

    Amerykańska firma Peach ogłosiła premierę nowego uniwersalnego systemu etycznego mOral, który zastąpi dotychczasowy produkt eThos. Bill Deeds, prezes Peach, powiedział na wczorajszej konferencji prasowej: „We współczesnym świecie zanikły etyczne drogowskazy, a ludzie pozostawieni sami sobie nie wiedzą, jakie decyzje podejmować. mOral rozwiąże ten problem w sposób do tej pory niespotykany: zrozumie twój problem i w czasie rzeczywistym podpowie ci właściwą drogę.”

    Absolutną nowością jest niewielki, bardzo czuły mikrofon zintegrowany z systemem rozpoznawania mowy, który pozwala na komunikację w pełni głosową: użytkownik zada pytanie szeptem – nie, jak w poprzedniej wersji, za pośrednictwem dotykowej klawiatury – a mOral błyskawicznie, przez zestaw słuchawkowy, poda właściwą wskazówkę.

    Nowy produkt Peacha wyposażono w moduł ThreeBuddies, który za pomocą wbudowanej sieci neuronowej rozwiązuje etyczny problem dotyczący układu trzech i więcej osób. mOral zintegrowany jest z centralnym repozytorium uczynków, przechowującym całą historię zachowań użytkownika i pozwalającym na kojarzenie par o podobnym profilu moralnym za niewielką, stałą opłatą miesięczną. „Dajemy ludziom harmonię. I wszystko to w abonamencie.” – podkreślił Deeds.

    Prezes Peacha jest pewny, że nowe podejście do systemów etycznych będzie przełomem na rynku. „Trzeba pamiętać, że mOral jest cieńszy na brzegach i o dwa gramy lżejszy od eThosa. Na rynku nie ma urządzenia o podobnych parametrach za taką cenę” – zaznaczył Deeds. Dodajmy, że mOral w wersji podstawowej, zawierającej telefon komórkowy, odtwarzacz MP3 i przeglądarkę internetową (oczywiście z filtrem treści typu adult), kosztować ma tylko 199 dolarów.

    Konferencję Deedsa, jak zwykle niezwykle efektowną, uświetniła elektronicznie zmartwychwstała Dusty Springfield, która specjalnie dla niego wykonała najnowszą wersję hitu „Son of a Peacherman”.

    W trzecim kwartale 2008 planowane są premiery wersji urządzeń uwzględniających lokalne uwarunkowania kulturowe. Deeds chce podbić kraje islamskie, Chiny i Japonię. Nie wiadomo, czy i kiedy mOral pojawi się w oficjalnej sprzedaży w Polsce. Przedstawiciele Peacha przyznają, że nasz rynek jest stosunkowo mało chłonny na produkty mobile ethics. Można się więc spodziewać, że Polakom tęskniącym za nowoczesną moralnością pozostanie jedynie nieoficjalny import „walizkowy”.

    Lubię spoglądać wsparty na barowej stali,
    Jak niegroźni bałwani w szumiącej falandze
    Ściskają się i pchają, oddani balandze
    W swoich barwach i żelach wieczornie wspaniali.

    Trącają się łokciami, prą na bar, wytrwali,
    Wieloryby i goście ćwiczeni na sztandze
    Zdobędą drinka w chwale, stosownego randze,
    Gubiąc grubsze wyrazy powrócą ku sali.

    Wierzą, że tak wybrali, świadomi i wolni,
    Wieczór miły przy flaszce czy w oparach zioła,
    Lubych ponęt tęskniący i tańcem swawolni.

    Ich wolność równa płynom, co wszędy dokoła
    Lśnią w szklankach. Wolna wola? Robacy mozolni…
    Nie zbudzę was z tych ułud. Pijcie, nikt nie woła.

    W Fabryce
    pracownicy
    nie chcą się bronić

    Pan Laboro ma kłopot
    do południa powinien zestawić
    koszty ludzkie z przychodami nieludzkimi
    ale nie umie dobrać kolorów
    do swojej tabelki w Excelu

    Bezradnie drapie pełnię pustego brzucha
    suwa w tę i we w tę gładkim ciężarkiem myszki
    podnosi ją i zagląda w czerwono świecące oko
    które po chwili zaczyna nerwowo mrugać
    domagając się płaskiej stabilizacji

    A więc czerwień
    wino krew krew krew krew
    a także rosebud
    perfekcyjne wykończenie

    Policzki Pana Laboro nabrały koloru subtelnego zadowolenia
    na pewno będzie pochwalony
    wykazał niezbicie, że efektywność wzrośnie znacząco
    po skreśleniu zaledwie co dziesiątego

    Chciałby już powstać
    tak jak inni

    Bądź syty Idź

    Spokojnie spływasz wąskim korytkiem teraźniejszości, czasem jednak trafiasz w miejsce, z którego widać odleglejsze perspektywy i inną skalę czasową. Okazuje się, że istnieją daty dalsze, niż dziś, jutro i najbliższy piątek: żeby się o tym przekonać, wystarczy wstąpić do lokalnego sklepu spożywczego. Jogurty proszą o konsumpcję do końca kwietnia, a ty uświadamiasz sobie, że to przecież niedługo i po cichu cieszysz się już na te ciepłe dni. Mnich ze swoim sekretem poczeka na ciebie nawet do końca majówki, ale jeśli się nim nie zainteresujesz – skona cichutko pod kolejną warstewką białej kołderki. I przypominasz sobie, że jego strawiony współbrat nie tak dawno zapowiadał nowy rok. Tuńczyk nurkuje puszką w okolice roku 2010: ważysz w dłoni metalową, przyjemnie ciężką konkretyzację abstrakcyjnie odległej przyszłości, jeden z nielicznych znaków, że coś będzie, a nie tylko jest. I że przecież – kiedyś się skończy. Albo nieoczekiwany błysk minionego: kefir, który zgubił się w swej temporalnej drodze do czyjegoś żołądka i zapomniany mruga z lady czarnymi kropkami cyferek: 28.03.2008. Znów czujesz, że tempus fucking fugit i zamyślony stajesz w ogonku do kasy.

    Nic nie jest best after, nie licz więc na wartość dojrzewania, kumulację wartości. Konsumuj prędko, bacz jeno, by ktoś nie podsunął ci sztucznie odświeżonego produktu. Na przykład Johna Cleese’a, odmłodzonego o osiem lat. 1947 brzmi przyzwoicie, jeszcze przed granicą rozpadu i utraty zdolności kredytowej. 1939 ain’t no good for nobody, huh?

    john cleese

    jeżeli istnieje, to wątpliwe, żeby zajmowały go rytuały godowe pewnego wyłysiałego gatunku na małej niebieskiej podobno planecie. jeśli nie jest tylko niepotrzebną hipotezą, to wątpliwe, żeby srożył się na wkładanie nie tego, co należy do nie tej co trzeba dziurki. kiedy świat był mały i kończył się w sąsiedniej wiosce, kiedy ludzi było niewielu, powiedzmy, stu, a innych stu nie nazywano ludźmi, być może przejawiał niejakie zainteresowanie pewnymi sposobami wykorzystania anatomii. niestety, od niedawna ma na głowie całe roje galaktyk, które musi podtrzymywać siłą swej żelaznej woli. wizja ojca marszczącego brew na samą myśl o dotknięciu pewnych obszarów jednego (nieskończenie pięknego i skomplikowanego) organizmu przez inny organizm stała się wobec całego tego ogromu odrobinę nieadekwatna. pomyśl o dźwigu budowlanym lutującym układy scalone.

    jeżeli jest, to nie przypomina ciebie ani mnie. Bóg nie nosi majtek.

    a teraz chodź

    Tego się właśnie obawiałem: że przy 460 osobach w jednej wannie utrzymanie szczelności będzie fikcją – powiedział minister czystych rąk Zbigniew Kąpalski, odnosząc się do przecieku z tajnego mycia głowy wybranym posłom. Kąpalski zapowiedział, że skonsultuje się z marszałkiem Sejmu Bronisławem Kompielowskim w całej sprawie.

    – Bardzo krytycznie oceniam tego typu sytuację, gdy mydliny przedostają się do opinii publicznej – powiedział minister, wciąż jeszcze z pianą na ustach. – To tylko dowodzi, że rzeczywiście nie można dbać o higienę członków o szczególnym znaczeniu dla bezpieczeństwa państwa – dodał. Według ministra, widać jasno, że “prawa hydrostatyki i hydrodynamiki zdecydowanie kuleją w praktyce”.

    Kąpalski dodał, że nie wie, kto mógł popuścić. Wyraził zarazem przypuszczenie, że winny był wadliwy zaworek. – Albo może ktoś nielegalnie chlapnął z wanny – dodał.

    – Nasze zaworki są sprawne – podało biuro prasowe Kancelarii Sejmu. – Wszystkie procedury dotrzymania szczelności zostały dochowane. Posłom odebrano wszystkie butelki, prywatne myjki, płetwy i kaczuszki. Zaworki zostały sprawdzone i opieczętowane, zresztą wyciek pojawił się poza obszarem działania Kancelarii. Może któryś z posłów nabrał wody w usta?

    Wiadomo nieoficjalnie, że minister Kąpalski przygotowuje nowe, poprawione prawo o cieczach. Według nowej ustawy dany poseł zanurzony w cieczy straci na diecie, chyba że trzy razy wyprze się chlapania. Opozycja już zapowiada protesty i okupację Łazienek.

    kiedy mieliśmy siebie kiedy byliśmy w sobie