Poznałem Suresha w pociągu Kanchipuram – Chennai. Młody chłopak, jakieś 20 lat, z wysypanym wąsem, nieśmiały ale ciekawy świata – zaczepił mnie, tak jak zaczepiały mnie setki innych, często upierdliwych Hindusów. Z nim się jednak gadało wyjątkowo miło. Okazało się, że studiuje informatykę, kończy jakiś poziom i niedługo będzie szukał pracy. Dojechaliśmy do Chennai, wysiadł dwie stacje przede mną, przedtem wymieniliśmy się mailami. To się często zdarza w drodze, ale tym razem już w kafejce w Chennai przeczytałem pierwszy list od niego. Gorąco przepraszał, że nie odniósł się do mnie z należytym szacunkiem, bo dopiero na końcu spotkania dowiedział się, że jestem od niego sporo starszy… w Indiach wiek bardzo silnie definiuje relacje między ludźmi, więc w kilku kolejnych mailach musiałem go uspokajać, że nic się nie stało i żeby dał spokój z tym “sir”… w końcu dał się przekonać.

Od tej pory pisujemy do siebie od czasu do czasu. Dziś dostałem od niego nowinę – dostał pracę, staż właściwie, w Tata Consultancy Services. W Indiach wszystko jest Tata, samochody, koparki, elektrownie, sieci komórkowe, firmy software’owe… to duży sukces tego chłopaka, bo firma jest ogromna i daje wielkie możliwości. Będzie pewnie robił ekrany jakiegoś systemu, po którym potem Ty, Czytelniku, będziesz sobie klikał, myśląc, że powstał w Redmond… Zatem tworząc nowy dokument w wordzie albo rysując schemat w visio pomyśl o ciepło młodym Sureshu, który gdzieś w odległym Chennai lepi dla Ciebie nowe, jeszcze lepsze formatki.

Powodzenia, Suresh!

czego liderem jest Hanna?

Mecz z Hanną wygrał więc przez nokaut techniczny pan Antoni Jankowski, którego ulotkę otrzymałem pod kościołem św. Krzyża.

Pan Antoni kandyduje z listy Domu Ojczystego, jest pracownikiem umysłowym Poczty Polskiej, założył także Związek Zawodowy Piast, “alternatywny w swoim działaniu do innych związków zawodowych”.

Mój kandydat ma bardzo szerokie plany, kilka tez do załatwienia to: [pisownia oryginalna]
– zniesienie opłat stałych za telefon, prąd i gaz gdyż to nie jest uzasadnione (tak rozumując to każdy z pracowników z tej samej racji powinien otrzymać w formie stałej opłaty na przykład 300zł);
– zmiana przepisów Kodeksu Pracy
– zmiana Konstytucji
– zmiana prawa polskiego
i na koniec najważniejsze: naprawienie krzywd.

Kandydat wywołał spazmy (wzruszenia) w moich trzewiach. Zagłosuję na niego a potem wymienię kartridż i kupię telefon w punktach wypisanych na końcu jego ulotki.

Chciałem zamieścić jakiś link do niego, jednak google twierdzi, że pan Antoni z Piasta nie istnieje… to co, do cholery, robi ta ulotka na moim biurku?

Codziennie wracając z pracy mijam jakże sympatyczną reklamę – na dużej planszy zarozumiale uśmiechnięty kogut prezentuje na tacy mniejszego kurczaka – zimnego, martwego i nieświeżego [sądząc po jego szaro-burym kolorze]. Gorąco poleca mi swojego ziomka [syna? córkę?] już obranego z piór i zdekapitowanego, a ja mam się skusić i zostawić parę groszy w lokalu, któremu patronuje. Zwykle pod barem jest już paru skuszonych dżentelmenów, w letnią porę ubranych w szorty i sportowe obuwie. Pożerają kolejnych kolegów tego dumnego kretyna, który niczego nieświadomy czeka w kolejce na rożen.

Myślę sobie, że paru polityków dziarsko budujących własną tożsamość na kolejnych trofeach – faktycznie lub pozornie tylko upolowanych konkurentach – może poczuć się w tym barze swojsko i całkiem na miejscu. Podobnie jak ich kolega z plakatu też nie myślą o szpikulcu, który kiedyś gładko przebije ich ciepłe ciałka – od odbytnicy po dziób. Twarz.

moje miasto to wielka wieś z zagrodami. w każdej zagrodzie drżą ludzie o swoje mająteczki i autka. grupują się, bo w kupie raźniej. otaczają murami, zasiekami, rowami z wodą, polami minowymi. stawiają kulawych i zezowatych strażników na bramach, żeby odstraszali intruzów. nie mówią sobie dzień dobry, unikają spojrzeń, przemykają truchcikiem od bramki do drzwi mieszkania. czują jakże uzasadnioną wyższość nad tymi, którzy się nie zagrodzili, których stać tylko na mieszkanie luzem, bez czujnych ochroniarzy przechadzających się ścieżkami wysypanymi żwirkiem wśród kwitnących kwiatuszków.

ci strażnicy jakoś nie pasują do atmosfery obejścia – noszą pistolety gazowe za kaburą, w rękach trzymają pejczyki a na czapeczkach mają wydziergane czaszki małych kociąt. póki co pokrzykują tubalnie na zbyt wesołych lokatorów, przyjaźnie potrząsając plastikowymi różowymi kajdankami.

już niedługo mój wyrok się skończy, na ściance regału wydrapuję widelcem kolejne dni. wyjdę sobie na wolność i odetchnę stęchłą świeżością powietrza zwykłej kamienicy.

głęboko wstrząsnęło mną, gdy usłyszałem tę piosenkę śpiewaną dyszkantem przez pana w klubie gejowskiem:

Męska rzecz – dognać w biegu i uśmierzyć grzywy fal…
Nasza rzecz – stać na brzegu, stać i wierzyć i patrzeć w dal…

Jeszcze się tam żagiel bieli, chłopców, którzy odpłynęli,
nadzieja wciąż w serc kapeli na werbelku cicho gra,
bo męska rzecz być daleko, a kobieca – wiernie czekać,
aż zrodzi się pod powieką inna łza, radości łza.

Wczułem się po prostu i prawie zerwałem się z miejsca, mając tę pieśń na ustach. Zmiarkowałem się jednak w porę…

Ale zostałem poruszony wielokrotnie i do głębi, szczególnie – łakomymi spojrzeniami rzucanymi przez przystojniaków zza otaczających stolików. Na szczęście chronił mnie Adam. Bo N. miała zakaz dotykania.

Pan odzyskujący dane pocmokał z zachwytem nad moim dyskiem: “Nooo tak spalonego to jeszcze nie widziałem…” Taaak….. Podjął walkę – a ja słono zapłacę za jego ewentualny sukces. Taki podatek od lenistwa i głupoty. A mój nowy dysk ma dość abstrakcyjną pojemność – 250GB…

Polanka jest jednooką kotką. Oprócz oka straciła też przednie zęby, więc języczek samoistnie wysuwa się jej z pyszczka. Widać, że jest kotem po paru trudnych zakrętach życiowych. Odpoczywa teraz na wczesnej emeryturze, dobrze odżywiona i lśniąca. Duża kotka, pozbawiona trójwymiaru, przepełniona kocim wdziękiem, natrętnie prosząca o pieszczoty, odrabiająca deficyt poprzednich trudnych lat, a może nawet swoich wcześniejszych kocich wcieleń.

Polanka Jednooka odwiedziła mnie dziś nad ranem. Głośno zamiauczała, trąciła mnie nosem i kazała się głaskać. Po chwili ułożyła się na mnie i zaczęła ugniatać pazurkami mój brzuch. Obudziło mnie to, było już zupełnie jasno, półprzytomny rzuciłem okiem na budzik.. piąta.. na budzik.. czyli to tylko sen, jestem przecież w domu. Nie było przy mnie Polanki Szczególnej Kotki.

Moja roleta skończy niedługo trzy lata. Tyle już czasu stoi sobie grzecznie w rogu kuchni, czekając na moment, gdy moje nastroje i motywacje ułożą się w optymalny wzorek i pozwolą mi zawiesić ją nad oknem. Kupiłem ją na fali pierwszego entuzjazmu urządzania się w nowo wynajętym mieszkaniu. Nie zraził mnie wcześniejszy dość umiarkowany sukces zawieszenia rolet w sypialni, gdzie betonowy pył spod wiertatrki bez udaru zasypując mi oczy doprowadzał mnie do rozpaczy przemieszanej z wściekłością – i gdzie ostatecznie rolety zawisły jakieś 4 cm za nisko, tak że uroczo płożą się na parapecie – i jakieś 2 cm zbyt daleko od siebie, tak że zostawiają wesoło połyskującą słoneczną szparkę. W sypialni, no cóż, byłem zmuszony coś powiesić, przyjmijmy, że najważniejszą motywacją był wschodni kierunek okien i przyjemne sierpniowe słoneczko padające mi na oczy o czwartej rano. W kuchni motywacje już nieco opadły, wystarczyły do zakupu, ale nie do powieszenia.

Roleta stała się rekwizytem, meblem, z którym się zżyłem. Nie rzuca się specjalnie w oczy, szarolniana na tle białej ściany, jedynie folia polietylenowa ją okrywająca, matowa już od kurzu, odbija trochę światła. Pogodziłem się z tym, że już jej nie zawieszę. Ona pewnie też pogodziła się już z tym – jeśli jest roletą refleksyjną – że jej życie minie niezgodnie z powołaniem, że pozostanie nierozdziewiczona w swojej folijce. Polubiłem ją, moi goście też już uśmiechają się ciepło na jej widok. Moja nordycka Gustava będzie niemym świadkiem moich kolejnych śniadań i kolacji, niezrealizowanym planem i nieponiesioną porażką. Zakurzy się i wyblaknie jako potencjał mieszczący w sobie rozczarowanie i sukces – nienarodzone i niepoznane.

Jaka jest twoja kruchość, stabilność, odporność na bodźce, na zgniecenie. Jakie są wymiary twojego lęku, jak głęboka jest twoja rozpacz. Jak bardzo boisz się śmierci, ile bąków dziennie puszczasz. Zmierz swoją depresję oraz intensywność zapachu z ust.

Pomiary gratis, inne usługi: iniekcja dożylna entuzjazmu u nas tylko 15 PLN, indukcja euforycznego błysku w oku – 25 PLN za oko, biolifting mózgu – 18 PLN za godzinę, trzecia godzina gratis. Całkowita decerebracja – cena do ustalenia po konsultacji z szefem marketingu media markt.

/mikrofikcja/

No i co? Co się po tej drugiej butelce wina niby stanie? Ja się stanę? jaki? atrakcyjniejszy? i ta fajna dość laska trzy stoliki dalej – dwa razy na mnie spojrzała – wyjdzie razem ze mną z tego lokalu?
.

Tymczasem kręci mi się w głowie, czuję się niebywale wygadany, powiedziałbym nawet, że hiperelokwentny – ale że nie mam z kim rozmawiać, mruczę do siebie i sam sobie odpowiadam, po chwili jednak łapię zejście i marzę o wtuleniu twarzy w coś miękkiego i w miarę chłodnego, niekoniecznie nawet w pierś tej panny, może być zwykła poduszka wypełniona sztucznym puchem made by ikea. W sumie to chce mi się rzygać.
.

Czuję się jednostajnie. Pusto. Boję się – tego uczucia.
.

Mam nic w głowie, strzępki myśli kręcą się wokół paru słów z piosenki Dylana… „who’s never weak but always strong”… diabli wiedzą, czemu właśnie Dylan… coś powinienem zrobić, jakoś wiem, że muszę, czuję w żołądku to cholerne napięcie.. ale czas leci dalej na biegu jałowym, nie wiem co właściwie zrobić, od czego zacząć, jaką kończyną poruszyć najpierw, myśli miotają się w jakiejś cholernej pustce, brzuch mnie boli, nic nie wiem nadal, chcę coś zmienić, nie wiem co, ruszyć coś, ale jak, i co, i dokąd. Brzuch boli, myśli się pętlą.
.

Dobry-wieczór-pani-i-panu, butelka kaberneta, drogiego dość więc pewnie dobrego, lubię ciężkie wytrawne wina, podlewam tym winem żałosne marzenia o tej fajnej pannie, na co więcej mogę mieć nadzieję, płonną przecież, bo wyjdę sam i tak. I tak przepierdalam kolejne wieczory, jakoś zupełnie nie mając pomysłu, jak je urozmaicić chociaż, nawet nie to że przeżyć, po co od razu przeżywać.
.

Już dawno zauważyłem, że wskoczyłem w taki powtarzalny tryb życia. Trzydziestka kiedyś przeszła a ja dalej mechanicznie pochłaniam kolejne dni i nawet nie wiem, czy to dobrze, czy źle, jakoś tak w sumie wygodnie, ale czy od razu trzeba to wartościować?

Prawie już dopijam tę butelkę, czuję, że teraz po prostu muszę coś zrobić. Cokolwiek.
.

Wstaję gwałtownie od stolika, ooo no tak, butelka poleciała, stłukła się na podłodze, nieostrożny ruch, dużo szkła, wina już nic właściwie. Zwracam na siebie uwagę heheh, żałosny sposób, ale skuteczny. Fajna panna trzy stoliki ode mnie śmieje się głośno. Poza tym jakoś nie widzę serdecznej życzliwości na twarzach wokół, ale w sumie wali mnie to. Kręci mi się w głowie, ale szybko wydostaję się na świeże powietrze. Staję, w sepii sodowych lamp zatrzymuję się na chwilę. Łapię oddech, ruszam dalej.
.
Biorę taksówkę, ulica wiruje mi przed oczami, każę się wieźć na dworzec centralny, taksówkarz coś tam burczy. Jest jeszcze dość wcześnie, coś powinienem złapać, myślę. Płacę 15 peelen, krótki kurs, wybiegam zataczając się, kieruję się wprost na perony. Widzę pociąg na trzecim, tam biegnę. Wskakuję do pociągu, na tabliczce napis, że do Poznania, staję w korytarzu, w przedziałach są miejsca, ale chcę pobyć sam, oparty o otwarte okno. A więc jutro Poznań, jutro może pojadę dalej. Pijacka loteryjka kieruje mnie do Wielkopolski, to będzie ten mocny ruch, ucieczka do przodu. Jestem silny i dumny z siebie, chociaż z trudem trzymam się okna.
.

Po pół godzinie jazdy zaczynam trzeźwieć.
.

Co to za ruch? Kurwa, czemu Poznań? A nie Rzeszów??
.

Trzeźwieję w sam raz, żeby wysiąść w Sochaczewie. Dochodzi północ. Rzygać już mi się nie chce, ale jestem nieświeży. Czuję się podle, kręci mi się w głowie. Żałosna ucieczka w pijackim zwidzie. Siadam na ławeczce. Najbliższy pociąg do Warszawy za cztery i pół godziny. Wystarczająco dużo czasu, żeby dobrze zmarznąć i wytrzeźwieć do końca. I poczuć żenującą w sumie satysfakcję, że się było o krok…

Oto, co udało się znaleźć w mózgu posła L., przesłanym nam dzisiaj w anonimowej paczce:

Poseł L. na dzisiejszej konferencji prasowej zapowiedział wniosek o powołanie komisji śledczej mającej na celu zbadanie sprawy kradzieży jego mózgu. Posłowi zależy także na wyjaśnieniu, w jaki sposób jego mózg wydostał się z Sejmu niezauważony przez oficerów BOR.

Za infekcję to wziąłem. Gardło drapało. Ssacze pomagały na czas niedługi. Tylna część języka ocierała się o coś nieprzyjemne takie. I tak kilka dni, kilka dni się ocierała tylna część. Lustereczko zakurzone łazienkowe prawdy gadać nie chciało, nie widziałem nic nieprawidłowego czy wyrodzonego w gardle mym. W samochodzie we wstecznym szczerzyłem się, widząc przerażony wzrok następczyni w lusterku kolejnym. Ona szybko jakoś tak ruszała ze świateł, ale zagadka się nie rozwiązywała.

Było to niekomfortowe i niewporzo już. Nadszedł czas działania palpacyjnego-mechanicznego. Siadłem nad umywalką i palec wskazujący na głębokość długości palca wsadziłem sobie w otwór ustny. Zagrzebałem, skręciło mnie, zagrzebałem znów. Na palcu zakwiecił się zielony, paznokcia wielkości twór. Zacuchnął nieświeżo, łypnął okiem, ukłonił się i dowidzeniapaństwu zrobił wskakując do otworu zlewowego. Plunąłem za nim krwią co sie dobyła z gardła. Plunąłem ponownie. I jeszcze raz. I jeszcze.

Spojrzałem na umywalkę, na łazienkę, na łazienkowe drzwi. Wszystko jakieś inne było. Piękniejsze, lepsze, wysublimowane i jakby ometkowane wyższymi cenami. Ja też inny byłem. Przepełniony dobrocią, uczuciem najczystszem, krynicą cnót się czułem. Wyższym, ładniej zbudowanym i markowo ubranym się stałem. Gardło nie bolało. Popłynąłem na paluszkach do kuchni, przez okno na sąsiadów popatrzyłem. Jacy piękni! Poczułem, że ich kocham. Do pokoju wpadłem, do komputera. Myszkę pogłaskałem. Wiadomości na portalach bez zmian. Ale komentarze na forach – jakie mądre! głębokie! do rzeczy! Drżącą ręką skierowałem się na fątrąpkę, przyrzekając sobie solennie, że już nic nigdy niefajnego nie nakoloruję o żadnych bliźnich. Tam cisza, jak makiem palił. Jeden O. niezawodny pisze – trafnie! spostrzegawczo! pięknie! Ale poza tym cisza. Otworzyłem nowego posta, czując, że bulgoczą i przelewają się we mnie słowa na m (jak miłość) – no, trzeba manifest miłości do ludzkości począć. Szybko, och szybciej. Czułem, jak coś w głowie podpowiada moim palcom najtrafniejsze sformułowania, jak w sedno uderzam raz za razem a to sedno z rozkoszy wprost drze się. A wszystko takim bogatym i erudycyjnie-mucha-nie-siada językiem, że aż ślozę uroniłem ze wzruszenia nad sobą samym takim dobrym i niepogniecionym – i nad manifestem, który pączkował, połyskiwał i zachwycał. Mnie zachwycał, tak jak sąsiedzi łypiący pozytywnie z bloku obok. Czułem, że zachwyci ogół, wsiech, świat cały. Ale. No właśnie, ale. Ku końcowi zapisu się mając – przewinąć nieco tekst chciałem i wykonałem nieplanowaną tak zwaną gesturę. Miast w górę ekranu, udałem się w diabły, okienko zamknąwszy. Manifest zamknąwszy, oczy zamknąwszy. Otworzyłem oczy. Pociemniało mi. W piersi zaświstało i zacharczało. Straciłem Niepowtarzalne, wiedziałem to, straciłem Tę Chwilę.

Głową w monitor, znów i jeszcze.

Obudziłem się po nieokreślonym bliżej czasie na podłodze w łazience. Rozebrałem się i z obrzydliwym niesmakiem w ustach, bolącą głową i gardłem wlazłem pod prysznic.

na moim osiedlu mieszka sporo Wietnamczyków. W niedzielę puszczają głośne wietnamskie disko, czasem czuć na klatce intensywne zapachy – miłe dla wyrobionych nosów – sygnalizujące porę obiadową. Mówią “dzin dybry”, uśmiechają się jakby przepraszająco, raczej trzymają się na dystans.

Dziś przy mojej klatce bawiła się dwójka małych Wietnamczyków na rowerkach – chłopiec miał pewnie 3-4 lata, dziewczynka z 5. Ich mama siedziała na parterowym balkonie obok. Z oddali słyszałem ich śmiech i jakieś niezrozumiałe frazy w ich języku. Podszedłem bliżej, chłopiec zjechał z podjazdu dla wózków, zrobił efektowną pętelkę na swoim czterokołowcu. Zatrzymał się, spojrzał na mnie i wyskandował nienaganną polszczyzną: “Le-gia gó-rą, Po-lo-nia do-łem!”. I pojechał sobie dalej.

łikend się zbliża – a wraz z nim mnóstwo radości:

po pierwsze w sobotę Legalna Parada Prawdziwie Heteroseksualnych Patriotów, którą trzeba sfotografować

po drugie w sobotę wieczorem – koncert Lao Che w Muzeum Powstania

po trzecie w niedziele – pachnie mi jakaś łąka nad Bugiem….

ale po zerowe piątek wieczór i umiarkowane, kulturalne spożywanie alkoholu w miłym towarzystwie:

osiemdziesiąt sześć kilo tłuszczu, kości i mięśni —
tłuszczu większość
waga marki ikea —
za piętnaście zeta
kolory – biały i czerwony