Rozbudowa lotniska na Okęciu przeciąga się coraz bardziej, a ruch lotniczy wciąż rośnie. Ponieważ istniejące lotnisko nie mieści już pasażerów, władze miasta w porozumieniu z rządem zaproponowały rozwiązanie alternatywne – obsługę części ruchu przez lotniskowiec wodowany na Wiśle. – W ten sposób nie tylko odciążymy przeładowane lotnisko, ale także skrócimy czas połączenia pasażerów z centrum miasta – zapowiada Mirosław Mig, sekretarz stanu w Ministerstwie Lotniskowców.

– Faktycznie, umieszczenie lotniskowca ma sens, ale tylko w wypadku lokalizacji centralnej, czyli między mostem Średnicowym a Świętokrzyskim. Wtedy lotniskowiec byłby obsługiwany przez istniejącą już infrastrukturę tramwajów wodnych – zaznacza Roman Ił z Portów Lotniczych, które zarządzałyby lotniskowcem. Na taką lokalizację nie chce się jednak zgodzić prezydent Warszawy. Jak mówi Tomasz Jak z magistratu, tramwaje wodne nie wytrzymają takiego natężenia ruchu, natomiast w okolicach wsi Dębówka pod Górą Kalwarią istnieje już teraz doskonały i mało wykorzystywany prom, którego operatorem jest Frontczak Jan, farmer na dwuipółhektarowym gospodarstwie położonym nad samą Wisłą.

Zasadnicze wątpliwości zgłasza jednak Kancelaria Prezydenta RP. – Pan Prezydent raczył wyrazić niebywale ogromne zdumienie, iż urzędnicy rządu zajmują się sprawą strategii ruchu lotniczego bez porozumienia z Nim – oświadczył Kichał Mamiński. – To ja odpowiadam za sprawy lotnicze – replikuje premier. – Poprosiłem pana ministra lotniskowców Darka Czartera o pilne zajęcie się tą sprawą, ponieważ takie prerogatywy przekazał mi osobiście Jezus Chrystus.

Wygląda na to, że tym sporem zajmie się Trybunał Norymberski. Niezależnie od jego werdyktu pozostaje kwestia sposobu przetransportowania lotniskowca do Warszawy. – Droga rzeczna odpada, lotniskowiec nie zmieści się pod mostami i nie sforsuje zapory we Włocławku. Sprawdzaliśmy to już z użyciem modelu ze styropianu w wannie pana ministra. Trzeba będzie przewieźć lotniskowiec w częściach i nadmuchać na miejscu, w stoczni warszawskiej – mówi Mirosław Mig. – A to, że stocznia do tej pory nie powstała, obciąża oczywiście poprzedni rząd – dodaje.

Pewne zastrzeżenia sygnalizują także eksperci od ruchu lotniczego. – Lotniskowce przystosowane są do przyjmowania myśliwców albo małych samolotów typu Cessna. Duży pasażerski odrzutowiec tam się nie zmieści – mówi Henryk Hornet, niezależny ekspert lotniczy. – To żaden problem! – zapewniają jednym chórem Mirosław Mig, Roman Ił i Tomasz Jak. – Planujemy zbudować armadę zeppelinów, które po podczepieniu pod odrzutowiec będą doskonałym punktem przesiadkowym do nowych F-16, a te wylądują już bez trudu. – Lokalizacja koło Góry Kalwarii ma jeszcze tę zaletę, że zeppeliny można zasilać etanolem produkowanym z jabłek rosnących w sadzie Frontczaka, co bardzo obniży koszty – zaznacza Tomasz Jak.

Poniedziałkowy jogurt postanowiłem zakąsić sobotnim tekstem znanej filozofki, zawierającym, sądząc po tytule i zajawce – analizę elektoratu PiS. Doszedłem do drugiego zdania: W ciągu ostatnich dwóch lat nie udało mi się spotkać żadnego zwolennika PiS. Nie wiem więc, jak wygląda elektorat Jarosława Kaczyńskiego, ale coraz bardziej podejrzewam, że… i rozbrojony odłożyłem gazetę.

Ktoś złośliwy mógłby nazwać autorkę Karolem Mayem polskiej myśli politycznej. Ale ja taki nie jestem, więc tylko życzę pani autorce choć jednej podróży do kraju, o którym tak lubi pisać. Choćby na weekend. Kto wie, może to będzie wspaniała przygoda? Intelektualna?

cóż za żenująca sytuacja: śliska rozmowa w wozie policyjnym (czy przyjmuje pan mandat? — przyjmuuuuję, no co mam rooooobić….. — no to będzie trzysta — ech, duuużo, lepiej, żeby było mnieeej…) owocująca nieuchronną propozycją przerwania spisywania za ekwiwalent flaszki. której nie będzie, bo penitent stchórzył i zażądał oficjalnej pokuty. stchórzył nie dlatego, że uważa korupcję za odrażające zło absolutne (a jedynie za zło pomniejsze, dające się czasem usprawiedliwić), ale dlatego, że zwizualizował sobie ewentualne ciągi dalsze, wysnute z wieczornych fantazji na temat przygód posłanki S. “dane spisane, ma mnie w ręku – i kusi?” – pomyślał po prostu, pewnie głupio, ale propaństwowo w efekcie.

wyboista polska droga niemal szczelnie obstawiona fotoradarami, a w rzadkich przerwach – wyglądającymi zza krzaka patrolami, oferującymi odpust za cenę flaszki – zamiast wygodnej autostrady, wolnej od hasających dzieci i rowerzystów meandrujących na bańce. jechał nią ostatnio dwa lata temu, podobnie dziurawą, ale o ileż słabiej pilnowaną. i teraz zrozumiał, że, zaprawdę, dwa ostatnie lata nie poszły na marne.

Kilka dni przed dymisją rządu premier Jarosław Kaczyński zarządził cofnięcie wskazówek zegarów. Decyzja premiera wzburzyła posłów PO i PSL negocjujących utworzenie koalicji rządowej. Politycy obu ugrupowań uważają to za minę podłożoną pod ich przyszły rząd.

– Rząd PiS przez dwa lata wstrzymywał rozwój kraju. Teraz rzutem na taśmę przyjmuje bezsensowne rozwiązanie, które będzie kosztować Polaków dodatkową godzinę – mówi Waldy Budzikowski (PO), typowany na ministra od czasu do czasu w rządzie PO-PSL. – To podrzucanie gorącego kartofla nowej ekipie.

– Nie gorący kartofel, tylko zgniły pomidor – precyzuje warzywną metaforę Waldemar Tiktak (PSL). – Premier powinien mieć trochę przyzwoitości i wstrzymać się przed dymisją z takimi decyzjami.

– Premier znów okazał się kunktatorem, niezdolnym do skutecznych działań – replikuje jednak Piotr Godzinowski (SLD). – Nasze ugrupowanie wielokrotnie postulowało cofnięcie wskazówek o co najmniej 20 lat. Niestety, panu premierowi bliżej do programu liberałów niż do potrzeb zwykłych ludzi.

Co na to premier? Nie wiadomo. Jarosław Kaczyński postanowił przeczekać burzę i przezornie wziął dwa dni urlopu. Premier spędza czas na ładowaniu akumulatorka do zegarka.

podobno mam pójść na wybory, rozmaici tak mi mówią. udowodnić, żem dojrzały obywatel, zaniedbaniem nie zgrzeszyć, poczuć jedność z podobnymi sobie, podbić nieco te ledwo zipiące 40% frekwencji.

a ja pasywny, markotny i wcale mi się nie chce. czemuż? skoro to akt wolności, moment, w którym mogę wyrazić swoje zdanie i podjąć suwerenną decyzję? zastanawiałem się nad tym – i stąd myśli rozwinięte w kilka akapitów tekstu bardziej serio, zamiast kondensatu słowno-graficznego.

czuję, że to nie tylko z miałkością polskiej polityki mam problem. i nie tylko z tym, że w wyniku wyborów w najlepszym razie jeden żenujący rząd może być zastąpiony przez inny, żenujący tylko odrobinę mniej. mój główny dyskomfort bierze się chyba z tego, że wbrew obfitym zaklęciom nie wierzę w tę nachalnie reklamowaną wolność wyborcy – bo czuję, że demokracja partyjna tak naprawdę nie jest żadną demokracją. choć wszyscy wokół zachęcają, grożą, łaszą się i popychają, wyważę swój interes i widzę, że cedowanie uprawnień na jakichś bliżej nie znanych mi przedstawicieli obcych mi ugrupowań – jest po prostu odebraniem mi tych uprawnień (w rękawiczkach czy bez, wszystko jedno). i że wbrew głośnym zapewnieniom wyborczych naganiaczy – mój głos naprawdę waży niewiele. nie potrafię znieczulić się tak mocno, by oszukać się hasłami obywatelstwa i odpowiedzialności. bo wolność polityczna udostępniana raz na cztery (czy nawet dwa) lata, manifestowana w akcie oddania głosu, jest iluzją.

defetyzm? niezupełnie, bo wierzę w inne rozwiązania. wierzę, że uczestnictwo nie polega bynajmniej na karnym stawianiu się w lokalu wyborczym – ale na samodzielnym, codziennym podejmowaniu decyzji politycznych, w skali, w jakiej człowiek na co dzień żyje i działa. a więc – demokracja uczestnicząca, a nie partyjna. samoorganizacja społeczna, fenomen opisywany przez Hannah Arendt, to rady – zbierające obywateli i podejmujące decyzje, a także delegujące spośród siebie przedstawicieli na wyższy poziom (regionalny czy krajowy). te właśnie rady, które swego czasu skutecznie zniszczył Lenin – przejmując je, ubezwłasnowolniając i kompromitując. (wbrew potocznemu mniemaniu, wcale nie on i nie bolszewicy je stworzyli. polecam Pipesa.)

istotą, sensem istnienia partii nie jest wcale głoszenie jakiegoś mniej lub bardziej zbornego zestawu poglądów – ale wybieranie kandydatów na przedstawicieli, którzy potem zasiadają np. w parlamencie. rady same stają się mechanizmem uczestnictwa i delegacji – a więc sednem demokracji – dlatego też śmiertelnie zagrażają interesom partii, negując potrzebę ich istnienia. partie będą więc dążyć do opanowania i zniszczenia rad, co bardzo pięknie udało się Leninowi.

partie w swej istocie są instytucjami niedemokratycznymi. po pierwsze, ograniczają wolność poglądów własnych członków, zobowiązując ich do trzymania się obowiązującej linii. po drugie, oligarchizują układ władzy, zawężając do niej dostęp i odbierając ją głosującym. w polskich realiach to politycy partyjni są prawdziwymi oligarchami, nie właściciele wielkich fortun. czy suma elementów z gruntu niedemokratycznych może zbudować realną, odczuwaną demokrację? bardzo wątpię.

źródłem demokracji są elementy samoorganizacji obywateli, zastępujące wertykalny układ partyjny (a nie uzupełniające go, jak chcieliby politycy, wtłaczający naturalną ludzką aktywność w ramy organizacji pozarządowych – bo to dwa nieprzystające do siebie systemy). słabością rad jest jednak podatność na zniszczenie przez wojsko zawodowych polityków partyjnych, silnie zdeterminowanych do zdobycia władzy. są zbyt delikatne, żeby w rzeczywistości partyjnej przetrwać. ale być może są szansą na przeżycie demokracji, bo to właśnie system ciągłego uczestnictwa może obudzić ludzi z marazmu. a czy demokracja w ogóle jest wartością? i jakie wady ma system uczestnictwa? to tematy na inne teksty…

no więc iść na te wybory? czy nie iść? whatever gets you through the night – it’s alright… chyba wszystko jedno, bo tu nie wyboru między pis, po a lid trzeba – ale naprawdę radykalnej zmiany. warto zachęcać tylko z jednego powodu – być może wybory zaktywizują ludzi na tyle, że pomyślą o poważniejszym działaniu. pewien niegłupi człowiek powiedział: “nie palcie komitetów, zakładajcie własne”. otóż nie: komitety trzeba spalić do gruntu i nie pozwolić wyrosnąć nowym. hasło “załóżcie rady a potem spalcie komitety” podoba mi się znacznie bardziej.

Jest taka kraina sercu memu bliska,
gdzie każdy starzec czuje się swym dzieckiem,
gdzie radość życia niebotycznie tryska:
to Województwo Mazowieckie.

Na piachu równin, na brzegu wiślanym,
wśród chaszczy puszczy, wieżowców Warszawy
mieszka lud prosty i snuje swe plany
życie swe wiodąc – szlachetny i prawy.

Wszak Wojewoda z Sejmiku Marszałkiem
(nasza pomyślność jest pod ich przywództwem)
mięsiste czoła marszczą pod przedziałkiem
by dobrze było w naszym Województwie.

Dzikich podlasian, pomorzan zniemczałych,
innych województw knowania zdradzieckie
my ujawnimy, aby w wiecznej chwale
rosło nam dumnie wielkie Mazowieckie.

Stańmy więc wszyscy, zjednoczmy się w walce
Żyrardów, Mszczonów, powiat szydłowiecki
zmiażdżmy mdłych wrogów, wypierzmy ich w pralce
by Mazowieckie było Mazowieckiem!

w końcu nadojeło. niedosyt bilateralnych kontaktów z ludnością zaowocował odświeżeniem znajomości z pewnym portalem randkowym. przeglądanie reklam dziewcząt znudziło mi się po jednym wieczorze – większość jest inna niż wszystkie, połowa nie lubi o sobie pisać, ale chętnie napisze, jeśli ja napiszę, pozostałe szukają miłości przez duże m. parę oryginalnych rodzynków. poza tym nuda.

za to znacznie bardziej zafrapowały mnie reklamy konkurencji, czyli mniej więcej rówieśniczych samców. okazuje się, że Polska jest pełna trochę-romantyków-a-trochę-pragmatyków. sporo Homerów, których uciska forma (dwieście znaków!), niepozwalająca wyrazić bogactwa i głębi ich osobowości (ach, bogini, opiewaj…). zawsze znajdzie się też kilku mężczyzn pozujących na tle swoich pojazdów. wszystko to jest trochę zabawne a trochę nudne, ot, formy nie zawsze poradnej autopromocji.

zastanowił mnie jednak pewien powtarzający się czasem ton: w tych dwustu znakach dozwolonych na reklamę niektórzy klienci portalu uznają za stosowne poinformować swoje potencjalne partnerki, że najbardziej na świecie nienawidzą chamstwa / cwaniactwa / kłamstwa / obłudy. co tych ludzi spotkało w życiu? co siedzi w ich głowach, że właśnie w ten sposób potrzebują się definiować i pokazywać światu?

parę teorii: trauma i głęboka frustracja? kompensacja lęku? potrzeba uzasadnienia własnej agresji? (po wpisaniu do gugla frazy “nienawidzę chamstwa” trafiam np. na takie “wieszać chamów bić i patrzeć czy równo puchną!”). instynkt podpowiada mi, że o ile chamów po prostu lepiej omijać, o tyle przed nienawidzącymi chamstwa – uciekać gdzie pieprz rośnie…

Mamusiu, czemu mnie nie tłukłaś – jęknął cichutko Polityk – Mogłaś być chociaż toksycznie zaborcza. Albo ojciec – gdyby był przestępczym psychopatą, czy choćby musztrującym rodzinę zapijaczonym oficerem. Nic z tych rzeczy. Troszczyli się i kochali, wspierali i radzili. Szkoła i studia przeszły gładko, dostał się na wymarzony kierunek, a potem nikt go z niego nie wywalił, bo egzaminy zdawał nieźle. Rówieśnicy go akceptowali, miał grono kumpli trzymających się razem, nie przypominał sobie żadnego znaczniejszego upokorzenia z ich strony. Z dziewczętami też większych problemów nie miewał, raczej lubiły go one. Praca, kariera, towarzysko korzystny opozycyjny anturaż, w końcu nieuchronnie polityka. Żona. Dzieci. Wszystko dosyć udane.

Dosyć. Niestety.

Bo czuł, że mogło wyjść lepiej i dobrze wiedział, czemu nie wyszło. Wzbierało to w nim, wzrastało brzydkie, wstydliwe uczucie czarnej nienawiści do tych, którzy zupełnie niezasłużenie dostali od losu motorek, transcendentalną żądzę, wynoszącą ich w coraz wyższe regiony naszej lokalnej stratosferki. Dobrą, głęboką traumę, uraz wyniesiony z młodości, potem nigdy nie zaleczony, ale troskliwie pielęgnowany. Pomnażany jak kapitał, zapobiegliwie chroniony i przekazywany dzieciom, cenniejszy niż staranne wykształcenie. Och, jakże zazdrościł tym w czepku urodzonym bubkom, których ojciec-alkoholik latami wyżywał się nad rodziną. Tym bożydarom odpowiednio wcześnie relegowanym, z ożywczo poniżającym kopniakiem kierującym ich na ścieżkę zemsty. Tym, którym dobroduszna komuna, nieświadoma, co sobie hoduje, złamała życie – pozornie tylko – zamykając wszelkie ścieżki kariery.

Karmiona w ten sposób nienawiść była jednak chuda jak koza na skalistym zboczu. Rozdrapywana własnoręcznie traumka błyskała ciemnym światełkiem odbijanym przez zmatowiałe lustro jego pragnień, niepozorna jak karbidowy płomyk wobec czarnych słońc zasilanych pulsującą energią rzetelnego rozpadu osobowości. To nie było prawdziwe. To nie było porywające. Wiedział o tym on i wiedzieli wyborcy.

Od tych rozważań rozbolał go brzuch. Zerknął na czerwono jarzące się cyfry starego kwarcowego zegarka: dochodziła piąta. Westchnął, obrócił się na bok i przytulił do zawsze ciepłego termofora żoninych lędźwi. Nagle błysnęła mu myśl. Jemu się nie udało, ale przecież cała pociecha w dzieciach. Im może pójść lepiej, one mogą zawojować świat. Jeśli tylko z pełną miłością i poświęceniem przekaże im to, co najcenniejsze, a czego sam nigdy nie dostał…

zasypiał w końcu morfiną uraczony bólem ogłuszony okaleczony otwierany i zamykany na powrót z błyskiem wspomnienia jak zamku błyskawicznego zip zip kiedy dr wróż o smutnych uciekających oczach wyrazistych owłosionych dłoniach starannie gładzących wydruk usg przepowiadał mu przyszłość.

bóg to bezmyślny napakowany łysy drech spod klatki tłukący na oślep swoim bejzbolem pomyślał wtedy wściekłą bezsilnością ale dość wkrótce oddał się uczuciom bardziej rzewnym oraz nostalgicznym jak najbardziej na miejscu gdy chodzi o nasz smutny los.

kiedyś oddawał się tym uczuciom z rzadka bowiem twardość jest ujemnie skorelowana z wiekiem więc miękł z tym wiekiem aż został pacnięty (czemuż właśnie on?) brudnym paluchem przeznaczenia jak słońcem rozmemłana świeczka.

mięknięcie następowało wraz z utratą potencjalności a im mniej się zapowiadał tym bardziej łysiało ego więc własny los wzruszał go coraz silniej choć nie tracił przecież racjonalnie zdystansowanego spojrzenia na ogólną perspektywę i tak dalej.

wieloletni młodzieniec dyplomowany chłopiec osaczany przez nabrzmiałe nadzieją zawsze nie dość dobre dziewczęta a wcześniej przez toksycznie dumną z niego rodzinę która to duma stopniowo wyparowywała ustępując miejsca zniecierpliwieniu nierealizującą się potencją.

bo inaczej miało to wyglądać inne zamówienie złożyli a co innego dowieziono to jakaś pomyłka i trzeba ją wyjaśnić reklamować on też inny kontrakt podpisał na początku życie bogate przyjemne i interesujące miało być opcji doświadczeń granicznych przecież nie zaznaczał.

słodki uśmiech w dołeczki rozkosznie szczerbiący się z pożółkłego zdjęcia legitymacyjnego a jeszcze a jeszcze a na początku on mały zaśliniony pomarszczony wyczekany przecież taki sam jak tamten dzieworodek.

szumi już bo to koniec przekazu.

Nie mogło być inaczej. Paul Pipes, genialny przycisk do papieru, którego cudowny gwizd wzruszył miliony kolejarzy na całym świecie, wygrał w finale telewizyjnego konkursu “Loco’s Got Talent” na najlepszy gwizdek do lokomotywy. W nagrodę Pipes wystąpi na Victoria Station przed samą Fairy Queen. – Brak mi słów – wygwizdał po ogłoszeniu wyników.

To kariera jak z bajki. Przed dwoma tygodniami walijskiego przycisku Paula Pipesa nie znał nikt, teraz kochają go miliony palaczy, motorniczych i konduktorów. Jurorzy programu, w tym słynny Stephenson Rocket, od początku nie mieli wątpliwości, że to on wygra występ na dworcu Wiktorii. W finale zagwizdał ponownie piosenkę One Way Ticket, którą brawurowo wykonał w eliminacjach. Nagranie tamtego występu obiegło wszystkie sieci kolei żelaznych i stało się jednym z najczęściej oglądanych wideo w poczekalniach dworcowych.

Co teraz? Jurorzy “Loco’s Got Talent” są zgodni – Pipes zrobi wielką karierę. – W przyszłym tygodniu wsiadasz na nowiutką 4-8-4 i zaczynasz objazd po całej Wielkiej Brytanii – zapewniał tuż po wygranej Stephenson Rocket.

Odkrywcy tego prawdziwego diamentu w hałdzie konkursowego koksu nie przejmują się zawistnymi komentatorami, poszeptującymi, że Pipes był już gwizdkiem na paru lokomotywach, niestety z powodu braku dostatecznego talentu musiał opuścić hale dworcowe i zatrudnić się jako przycisk. “Wystartujcie w następnej edycji konkursu i pokażcie, co potraficie” odpowiadają organizatorzy. I mają rację – bo właśnie w tym skromnym duchem, choć nie ciałem, walijskim przycisku do papieru idealnie zespoliły się wzruszające bajki o Kopciuchu i Brzydkim Koksątku. Paul, do usłyszenia na stacji w Bath! albo Exeter!

autobus solaris przez ulice mego miasta mknie, mija błysk złotych tarasów i galerii chłodny cień, a kobieta odetchnie, rzuci peta jak płomienny kwiat, nowy jest już tylko nowy świat, a jej ciało z każdym dniem proszę wsiadać to ostatni kurs

Z był wszędzie.
Patrzył z plakatów. Uśmiechał się z portali. Groził palcem z pierwszych stron gazet. Kobiety pokochały jego pucołowatą chłopięcość, mężczyźni szanowali za twardość i bezkompromisowość. Ogień i woda w jednym ciele. W ciele, które codziennie przyglądało mi się bacznie z monitora.
Chciałem uciec. Uciekałem długo.
W końcu – zmęczyłem się ucieczką.

Zmęczyłem nią innych. Starych dobrych przyjaciół, których upijałem wódką ze smutkiem. Czułe kobiety, w których ciepłe łona wyszeptywałem swoje błagania o pomoc. Współpracowników, którzy nie mogli wydobyć ode mnie żadnej decyzji. Chemia nie pomagała, a wiary zabrakło już w dzieciństwie. Co gorsza, nikt nie rozumiał mojego lęku. Moi znajomi żartowali: „Z’s dead, baby”. Ja tak nie umiałem.

Dowiedziałem się z pewnego źródła, że jest rozwiązanie: działania chirurgiczne, najszybszy sposób na usunięcie z mojej świadomości obrazu Z. Wiedziałem, że to droga absolutnie nielegalna, bo konstytucyjna zasada profilaktyki przestępczości nakazywała, by każdy czuł stałą obecność Z i uciekanie od tego poczucia było surowo karane. Wiedziałem jednak o paru takich, którym udało się uwolnić, znaleźć się w innym wymiarze, zhakować rzeczywistość.

Żyletka, ręczna wiertarka, woda utleniona, bandaż, plaster. Moje zdjęcie z zaznaczonymi dwoma punktami „Z”. Butelka wódki na znieczulenie. Głębokie cięcie wzdłuż uda, krew wypływająca spomiędzy żółtego tłuszczu, mam. Wydobyłem parocentymetrowy kawałek nerwu. Zalepiłem udo opatrunkiem i siedząc przed lustrem zabrałem się za głowę. Łatwo znalazłem punkty „Z”. Wiertarka ręczna, wiertło szóstka – wbrew oczekiwaniom gładko poradziły sobie z czaszką. Powstały dwa niewielkie otwory, w które wsunąłem końce nerwu, tworząc w ten sposób międzypółkulowe krótkie spięcie, szybką ścieżkę zaczynająca się sześć centymetrów nad lewym uchem, kończącą się jakieś trzy nad prawym. Prawdziwy bajpas mózgu. W pełni funkcjonalny, kąpać dwa razy dziennie w roztworze z soli fizjologicznej, dwa lata będzie służyć.

Zakręciło mi się w głowie, więc położyłem się na wznak. Po kilkudziesięciu głębokich oddechach zebrałem się i wstałem, dziwnie lekki, no i nietrzeźwy po znieczuleniu. Dziury w czaszce podlepiłem plastrem, nerw ukryłem we włosach. Kilka dni na zagojenie – i bez większego ryzyka można pokazać się ludziom.

Zgodnie z przewidywaniami, zwarcie zlikwidowało obraz Z. Prostym zabiegiem operacyjnym podwiązało moją rozpadającą się osobowość. Zrobiło też coś więcej, bo czułem się euforycznie. To było lepsze niż prozac. Lepsze niż tysiąc orgazmów. Przepełniało mnie szczęście i wewnętrzne światło. Mój oddech się uspokoił, ucieczka się zakończyła. Cena wydawała się niewielka – brak czucia na skórze w okolicach kolana. A przecież – wszechobecny Z zniknął, pokonany. A ja – znów żyłem.

Łatwo wypadalny nerw utrudniał nieco zwykłe funkcjonowanie. Szybko pozbyłem się odruchu mierzwienia i gładzenia włosów w trakcie spotkań służbowych, bo nagłe odpięcie bardzo utrudniało dalszą rozmowę – nie bardzo wiedziałem, gdzie jestem, kim jestem i o czym właściwie rozmawiam. I z kim, bo po takim odpięciu rozmówca niebezpiecznie upodabniał się w moich oczach do Z. Czasem zapominałem o płynie fizjologicznym, jeśli więc miałem nocować poza domem, preferowałem mieszkania dziewcząt noszących soczewki kontaktowe. Spać musiałem unplugged, bo nerw się plątał i wypinał. Oczywiście, śnił mi się głównie Z. Ale rano znów wszystko było w porządku…

Bajpas błyskawicznie stał się nieodłączną częścią mojego życia. Niestety, bardzo szybko, bo już po jakimś miesiącu zaczął z lekka szwankować; być może nie dość starannie go użytkowałem, a może po prostu taka była jego krucha, biologiczna natura – ale po porannym podłączeniu moje myśli zaczynały wybuchać i gasnąć, jedna po drugiej, w zupełnie absurdalnym porządku i bez związku ze sobą, obraz przed oczami zamazywał się, w uszach słyszałem szum i trzaski. Po chwili niepożądane efekty zanikały, jednak niepokoiło mnie to, że za każdym razem ta chwila była dłuższa.

Po dwóch kolejnych tygodniach bajpas przestał działać. Głowa pękała mi od szumu, nie mogłem skupić się na jakiejkolwiek myśli. Z trudem wstawałem z łóżka, szedłem do pracy, spotykałem jakichś ludzi, coś tam załatwiałem, podpisywałem, ale wszystko to działo się obok mnie, obok mojej boleśnie pulsującej głowy. Owszem, nadal odcięty byłem od obrazu Z, ale jak długo mogłem jeszcze płacić taką cenę?

Gdy do objawów dołączyły wymioty i gorączka, wiedziałem już, że nie mam wyjścia. Musiałem pokornie to przyznać: zostałem ukarany za nieprawomyślną próbę izolacji, i to nie przez sąd czy agentów Z, ale przez własny, słaby organizm.

Wycieńczony poszedłem do najbliższego komisariatu.

Stanąłem naprzeciw osłupiałego oficera dyżurnego. Na jego oczach wyrwałem bajpas.

Z uśmiechnął się z portretu na ścianie. „No to wygrałeś”, pomyślałem. „Możecie mnie aresztować” – powiedziałem głośno.

Oficer wybałuszył oczy, otworzył usta, zaczerpnął powietrza, odwrócił się do innego oficera i krzyknął: „Krzesło dla pana ministra. Natychmiast!”.

„Ach, to tak”, pomyślałem w ostatnim błysku i osunąłem się na podłogę.


Kroplówka, potem silne leki.
Teraz jest już dobrze. Uśmiecham się do siebie wiszącego na ścianie.
Lekarze mówią, że to wszystko z przemęczenia. Ech, ci lekarze. Jeden osobliwie mi się przyglądał, więc zażartowałem, że narządów na zbyciu nie mam. Chyba się obraził. Chyba go aresztuję.

komin.gif
a wszystko przez Makowskiego

Pytanie to, postawione kilka lat temu na jednym z serwerów irc, nieustannie zaprząta umysły uczonych z całego świata. Śmiałość i naturalne piękno takiej możliwości popycha kolejnych nieustraszonych idealistów do jej zbadania. W ostatnim czasie dwójka badaczy – niezależnie od siebie – postanowiła przeprowadzić eksperymenty zbliżające nas do ostatecznej weryfikacji tej wielce inspirującej teorii.

Niemiecki uczony Darius von Rüssel w celu zbadania hipotezy wykorzystał swoje osobiste konta na kilku znanych portalach randkowych. Zainicjował kontakt z pięcioma losowo wybranymi osobami (płci żeńskiej) i po wymianie pięciu maili z każdą z nich zaproponował spotkanie poza siecią. Po długich namowach na tak śmiały krok zgodziła się w końcu jedna osoba. Von Rüssel podekscytowany udał się do wskazanej kawiarni, licząc na bliski sukces swoich badań. Ku swojej radości napotkał tam istotę, która reagowała na generowane przez niego bodźce audiowizualne. Niestety, po pierwsze nie był w stanie wykazać przekonującej zbieżności tożsamości owej plotącej trzy po trzy istoty z osobą dość inteligentnie prezentującą się na portalu. Po drugie i najważniejsze, nie mógł ustalić, czy owa istota faktycznie jest żywa, gdyż dostępna mu była jedynie warstwa wierzchnia, złożona z plastiku i farby (pod którą mógł znajdować się zarówno procesor z kartą dźwiękową, jak i autonomiczny układ homeostatyczny, zwany życiem). Przy próbie przeprowadzenia testów mechanicznych istota za pomocą kończyny górnej gwałtownie naruszyła jego powłokę cielesną na wysokości twarzy i oddaliła się w nieznanym kierunku. Eksperyment von Rüssela zakończył się więc fiaskiem, hipoteza pozostała niezweryfikowana.

Drugą próbę wykonała Natka Faust, która postanowiła wykonać eksperyment bardziej kompleksowy – i, przyznajmy, niezwykle niebezpieczny. W tym celu odpięła się na pięć dni (!) od przeglądarki i komunikatora, a następnie, bez maski IP i firewalla, udała się na spacer w przestrzeni atmosferycznej. Decyzją swoją wzbudziła zrozumiałe poruszenie w świecie nauki, który z napięciem oczekiwał rewelacyjnych wyników, jednoznacznie potwierdzających lub obalających hipotezę. Niestety, ostatnio opublikowane rezultaty wskazują na brak jasności w tej sprawie. Natka w trakcie swych peregrynacji trafiła jedynie na kilka automatów wokalnych oraz zdechłego kota, co może jednak nasuwać przypuszczenia, że ów kot był kiedyś żywy. Sprawa pozostaje więc otwarta i czeka na kolejnego śmiałka, który zechce podążyć szlakiem naukowej przygody.

Hipoteza o istnieniu życia poza siecią – choć brzmi bardzo atrakcyjnie i pobudza wyobraźnię wielu badaczy – nie znajduje więc póki co potwierdzenia w rzeczywistości. Uczeni skłaniają się ku odpowiedzi, że “prawdopodobnie tak” i wierzą, że kolejne lata przyniosą lepsze narzędzia do badania świata pozasieciowego.

Dla tych, co znaleźli i potem żyli za długo.
I dla tych, co wciąż mają nadzieję, że znajdą.
I dla tych, co wcale znaleźć nie chcą.

I wtedy którejś nocy pijaczek odurzony za moje pieniądze mówi nieoczekiwanie:
– Tobie dobrze, ty przeżyłeś swoje apogeum.
Mówi to z uwielbieniem, patrzy na mnie z tą bezinteresowną zazdrością, która wydaje mi się w tym momencie obelżywa.
– Jakie apogeum? Co za apogeum?
– Zakosztowałeś wszystkiego, czego można zakosztować w życiu. Kochały cię piękne kobiety, podziwiali cię mądrzy mężczyźni. Byłeś faworytem.
– Co ty wiesz, głupcze? Co ty możesz wiedzieć o apogeum? Ja jeszcze nie zerwałem się do lotu.
– Przeżyłeś swoje apogeum – powtarza z uporem pijaczek i przygląda mi się zawistnie.

(Tadeusz Konwicki, Wniebowstąpienie)

Chłopaki! TPGN: Teoria Pijackiej Góry Nohavicy. Wygląda to jak żart, ale nim nie jest. Góra. U podnóża – normalny, przeciętny Czech. Popija sobie i idzie na górę. Kiedy idzie na górę – wszystko jest OK. Gdzie zaczynają się kłopoty?
W tym punkcie. W wierzchołku. Punkcie zwrotnym
Dalej już koniec, tam nikt ci nie pomoże. Lekarze, psycholodzy, nie pomożesz sobie sam. O co chodzi? Ktoś pije całe życie i nic się mu nie stanie. Dlaczego? Bo jego wierzchołek jest bardzo wysoko. Całe życie sobie popija i idzie na górę. Niestety nikt nie wie, jak wysoka jest ta jego góra.

(Jaromír Nohavica, Rok diabła)

byłem w Ryjo byłem w Bajo
miałem bilet na Hawajo
byłem na wsi byłem w mieście
byłem nawet w Budapeszcie

wszystko chuj o ja wam mówię wszystko chuj
może czasem trochę mniejszy ale potem jeszcze większy

(Elektryczne Gitary, Wszystko ch**)